ARTYKUŁY
Granice
Przeczytaj artykuły z kwartalnika Granice
FOTOSTRONY
(k)raj utracony
Zobacz fotoreportaż autorstwa Adriana Farnausa!
Żar leje się z nieba. Około 35 stopni Celsjusza na zewnątrz. W starym,
huczącym Kamazie bez klimatyzacji temperatura niebezpiecznie zbliża
się już jednak do czterdziestu. Oldze ustąpiłem miejsca na sprężynującym
fotelu pasażera, samemu rozsiadając się między jej siedzeniem a lewarkiem
skrzyni biegów, na przykrytej regionalnym, ornamentowanym dywanem
pokrywie silnika. Naprawdę ogromnym eufemizmem jest stwierdzenie,
że było mi ciepło. Plan był zupełnie inny – po wcześniejszych przejazdach
starą terenówką i ciasnymi marszrutkami chcieliśmy w końcu wskoczyć do
jakiegoś wygodnego auta, szczególnie, że tego dnia czekał nas najdłuższy
odcinek trasy. Cały zamysł zniszczył nam jednak kierowca czerwonego
Kamaza – kiedy szliśmy poboczem sam zatrzymał się, aby upewnić się,
że nie potrzebujemy podwózki. Co mieliśmy zrobić? Rozłożyliśmy ręce
i wdrapaliśmy się do szoferki.
Takich historii z wyprawy do Armenii mam znacznie więcej. O tym, jak nieznajomy, poznany na ulicy człowiek zaprosił nas do swojego domu i ugościł jak starych przyjaciół. O tym, jak dzięki determinacji jednego z mieszkańców pewnej górskiej miejscowości uniknęliśmy bliskiego spotkania trzeciego stopnia z polem minowym. Wreszcie, o rodzinnym świętowaniu, do którego zostaliśmy zaproszeni przez właścicieli mini-hostelu, w którym nocowaliśmy. Oprócz tego, chciałbym tutaj napisać o kulturze tych ludzi, o pięknie natury, która w Armenii jest naprawdę wyjątkowa, o wspaniałych zabytkach, ale także biedzie i nierównościach społecznych trawiących ten kraj… ale nie napiszę. W świetle ostatnich doniesień na temat eskalacji konfliktu w Górskim Karabachu – o przesiedleniach tysięcy kobiet i dzieci w głąb kraju, o setkach osiemnasto i dziewiętnasto letnich chłopców, którzy zamiast chodzić do szkoły, w drugiej dekadzie XXI wieku przelewają krew za to, by ich rodziny mogły żyć we własnym państwie. Te wszystkie wcześniej wymienione rzeczy wydają mi się nieistotne. Jedyne, co teraz naprawdę ma znaczenie, to uświadomienie Cię kim są ci ludzie, jaka jest ich historia i co doprowadziło do dzisiejszych wydarzeń. A o tym, czym Armenia była jeszcze kilka miesięcy temu, niech opowiedzą fotografie.

W zeszłym roku, w krótkim cyklu instagramowych minireportażów z Armenii, pisałem między innymi o niespotykanej niemal nigdzie indziej „dotykalności" historii. Uderzającym doświadczeniem było dla mnie poznanie od środka miejsca, w którym doskonale widać skutki opisywanych w książkach, przewodnikach i gazetach wydarzeń historii najnowszej, a gdzie jednocześnie w tak wielu zabytkach tworzy się wyraźne odbicie czasów bardzo odległych. Ormianie to naród, który mimo ogromnego pragnienia, by nareszcie stać się uczestnikiem teraźniejszości XXI wieku, codziennie na nowo musi mierzyć się ze swoją przeszłością. Aby zrozumieć, choćby w bardzo podstawowy sposób, obecną sytuację tych ludzi, należy cofnąć się do roku 1915.
24 kwietnia 1915r. najważniejsi urzędnicy tureccy podjęli decyzję o całkowitej eksterminacji Ormian, zamieszkujących w ich państwie. Tego samego dnia zamordowanych zostało 2300 przedstawicieli ormiańskiej inteligencji w Stambule. W kolejnych miesiącach z sukcesami realizowano plan przywrócenia wspaniałości i narodowej jedności Imperium Osmańskiego. Do 1917 roku w wyniku rozstrzeliwań, tortur, głodu oraz tzw. marszów śmierci, zginęło między milion a półtorej miliona Ormian. Około 500 tys. zdołało uciec do innych państw, w wyniku czego dzisiaj z 11 milionów etnicznych Ormian, jedynie 3 miliony żyją w Armenii. Turcja wciąż w swoim oficjalnym stanowisku odcina się od odpowiedzialności za tę zbrodnię oraz w sposób czynny wspiera inicjatywy militarne wymierzone w Armenię.

Aby zobaczyć pełniejszy obraz dzisiejszej Armenii, należy najpierw przyswoić historię stosunków z Turcją, a następnie zagłębić się w relacje z Rosją oraz Azerbejdżanem. Z Turkami sprawa jest klarowna, z pozostałymi dwoma wszystko zatapia się w odcieniach szarości. Szarość ta, medialnie nieatrakcyjna, tworząca gęstą papkę sprzecznych oskarżeń, opinii i odmiennych interpretacji tych samych wydarzeń, wymaga uwagi, pochylenia się nad nią w celu wydobycia chociaż części prawdy.
Większość XX w. zarówno Armenia jak i Azerbejdżan spędziły kontrolowane przez Moskwę. Wśród ludności Armeńskiej panowały nastroje raczej niezbyt przychylne Rosjanom, co tak jak w innych krajach, spowodowane było przede wszystkim godzącą w prawa człowieka polityką wewnętrzną, deportacjami i wykorzenianiem kultury narodowej. Jednak czas wielkości ZSRR był zdecydowanie pozytywny dla rozwoju gospodarczego regionu, a także chwilowo uwolnił kraj od zagrożeń ze strony państw muzułmańskich. Tej protekcji Armenia potrzebuje do dzisiaj, ponieważ dobre stosunki z Rosją są jedynym gwarantem zachowania stabilności oraz uzyskania potencjału militarnego, niezbędnego do ochrony granic. Górski Karabach to region, który został po raz pierwszy zajęty przez Armenię w 95r. n.e i później wielokrotnie przechodził z rąk do rąk. Jego autochtoniczna ludność w dość krótkim czasie zasymilowała się z Ormianami oraz przejęła od nich wiarę chrześcijańską. Azerbejdżan, po rozpadzie istniejącej w 1918 roku Federacji Zakaukaskiej, z poparciem rządu tureckiego (tego samego, który odpowiedzialny był za ludobójstwo Ormian), używając siły zajął teren Karabachu. Zostało to zaakceptowane na arenie międzynarodowej, głównie przez wzgląd na Azerskie złoża ropy, do których dostęp uzyskać chciały państwa europejskie. W czasie istnienia Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej na terenie Górskiego Karabachu utworzono Nagorno-Karabachski Obwód Autonomiczny. Jego ludność, wciąż identyfikująca się jako ormianie, po rozpadzie ZSRR chciała uzyskania niepodległości. Władze Azerbejdżanu na te pragnienia odpowiedziały wcieleniem obwodu autonomicznego na powrót w granice swojego państwa i rozpoczęły ekonomiczne wyniszczenie odizolowanego regionu. W tym samym czasie przez kraj przeszła fala antyormiańskich wieców i protestów, zakończona pogromami Ormian w wielu azerskich miastach. W Karabachu natomiast zorganizowano referendum, w którym ponad 75% ludności opowiedziało się za odłączeniem od Azerbejdżanu, które było przyczyną wkroczenia na te tereny armii azerskiej. To był początek trwającego do dziś konfliktu. W kolejnych latach partyzanci Karabascy, wspierani przez armeńską armię, uzyskali kontrolę nad terenem właściwego Karabachu oraz kilku niewielkich prowincji azerskich, łączących region z terytorium Armenii. Przez ostatnie 30 lat, aż do dzisiaj, te tereny były Republiką Arcach, inaczej Republiką Górskiego Karabachu, nieuznawanym międzynarodowo państwem, leżącym na terytorium Azerbejdżanu, zamieszkiwanym i kontrolowanym przez Ormian.
Tak w skrótowy sposób rysuje się historyczne tło dzisiejszego konfliktu. W rzeczywistości jego obraz jest jeszcze bardziej skomplikowany, ponieważ na wszystkie zajścia między Armenią i Azerbejdżanem, duży wpływ mają Rosja i Turcja, wspierające przeciwne strony konfliktu. W ciągu ostatnich trzydziestu lat na tych terenach regularnie dochodziło do wymian ognia, a historia tej wojny naznaczona jest wieloma ciemnymi plamami. Oba kraje dopuściły się w czasie jego trwania znaczących nadużyć, w obliczu których ucierpiała ludność cywilna. W ciągu ostatnich tygodni zarówno armia Azerbejdżanu jak i Armenii ostrzeliwała nie tylko obiekty wojskowe, ale również miasta i wsie po przeciwnej stronie granicy. Z rejonu Karabachu we wrześniu i październiku w głąb Armenii ewakuowanych zostało ponad 75 000 osób, głównie kobiet i dzieci. Każdego dnia na froncie giną osiemnasto i dziewiętnastolatkowie, powołani do pełnienia zasadniczej służby wojskowej. Od 27 września wojna pochłonęła już co najmniej 400 istnień, a liczby te codziennie rosną.

Coraz lepiej uświadamiam sobie, że Armenia, jaką poznałem w czasie mojej podróży, to miejsce, za którym już dziś zatrzasnęły się żelazne wrota przeszłości. Jaka będzie jutro? Nie wiem - nie żywię nadziei, że jej mieszkańcy szybko otrząsną się po obecnych wydarzeniach, nie zastanawiam się nad losem tysiącletniego dziedzictwa tamtejszych zabytków. Chciałbym jedynie, aby wypędzeni z własnych domów w piękne imię sprawiedliwości, mogli do nich wrócić, aby dzieciaki znowu miały swoich braci i ojców, aby ci ludzie mogli znów normalnie żyć. Nie będę silił się na żaden morał ani puentę, apeluję jedynie – mimo że dzieli nas od tych wydarzeń wiele kilometrów – nie bądźmy obojętni.