Mat w siedmiu częściach – recenzja serialu “Gambit królowej”

Gambit królowej skupia się na pojedynkach rozgrywanych na sześćdziesięciu czterech polach szachowych, ale niesie ze sobą ładunek emocjonalny porównywalny z obserwacją prawdziwej ekranowej wojny.

KAMIL SERAFIN

 

Gambit królowej (znany również jako gambit hetmański), jest jednym z typowych otwarć szachowych, polegającym na poświęceniu jednego z pionów osłaniających gońca i królową, w celu opanowania centrum szachownicy. I chociaż samo to tytułowe określenie nie pojawia się zbyt często w nowym serialu Netflixa, to znana na całym świecie i jedna z najstarszych gier strategicznych w historii ludzkości, jest tu głównym motorem napędowym dla niezwykłej historii, jaką przyjdzie widzom zobaczyć w The Queen’s Gambit

 

Historia fikcyjnej Elizabeth Harmon, autorstwa Waltera Tavisa zadebiutowała na półkach aż 37 lat temu. Od tego czasu bezowocnych prób jej ekranizacji dokonywano kilkukrotnie, jednak dopiero w 2019 roku pomysł udało się wprowadzić w fazę rzeczywistej realizacji (co ciekawe, powodem porzucenia jednego z poprzednich projektów była śmierć Heatha Ledgera, który miał objąć stołek reżyserski). Temat nie był prosty, bo opowieść to nie tylko szachowa przygoda głównej bohaterki, ale przede wszystkim ukazanie orbitujących wokół niej problemów. Dzieciństwo spędzone w sierocińcu, uzależnienie od środków psychotropowych, tytoniu i alkoholu to tylko niektóre z tematów, jakie Gambit królowej porusza, zderzając nas z brutalną rzeczywistością lat sześćdziesiątych XX wieku. Kolejne rozgrywki szachowe w wykonaniu genialnej Harmon pozostają oczywiście w centrum akcji, jednak stanowią tak naprawdę tło dla historii młodocianego życia samotnej bohaterki. Niezdolna do nawiązywania zdrowych relacji międzyludzkich, pogrążona w swych nałogach, a jednocześnie uparcie dążąca do upragnionej wygranej i momentami bezczelna Beth jest jedną z najciekawszych bohaterek w obecnej ofercie Netflixa. 

 

To zasługa jednak nie tylko znakomitego scenariusza, ale przede wszystkim odtwórczyni roli głównej. Fakt, że dwudziestoczteroletnia Anya Taylor-Joy pozostaje jednym z największych aktorskich zjawisk ostatnich kilku lat, jest już absolutnie bezdyskusyjny. Jej udany debiut w Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii już dawno został przesłonięty przez jej późniejsze role, dzięki którym dotarła aż tutaj, przebijając się wreszcie do szerszej publiczności. Każdy z siedmiu odcinków Gambitu królowej należy tylko i wyłącznie do niej. Nikomu nie pozwala uszczknąć choćby kawałka tortu chwały. Na ekranie towarzyszy jej jednak nie byle kto, bo wśród obsady znajdziemy takie nazwiska jak Thomas Brodie-Sangster, Harry Melling czy też, co będzie zaskoczeniem dla tych, którzy o serialu słyszą po raz pierwszy… Marcin Dorociński. Niestety, chociaż naszemu rodakowi przypadła rola szachowego nemezis głównej bohaterki, to poza robieniem groźnej miny znad rozłożonych pionków i wypowiedzeniem kilku zdań po rosyjsku i angielsku, jego potencjał nie został wykorzystany. A szkoda.

 

Pochwały dla twórców należą się również za rozłożenie całej opowieści na sumaryczne sześć i pół godziny, dzięki czemu scenariusz nie musi galopować wyłącznie przez kolejne rozgrywki szachowe, jak musiałoby to mieć miejsce w przypadku ewentualnego filmu. Serial ma czas na budowanie odpowiedniego napięcia, stale rosnącego w drodze do wielkiego finału. Niestabilna emocjonalnie Beth Harmon ma również liczne okazje do zamanifestowania faktu, że będąc żywcem wyjętą z okładki magazynu mody gwiazdą, nie ma równocześnie problemu z miażdżeniem lekceważących ją mężczyzn, czy to w szachach, czy to w piciu. 

 

Dzieło Netflixa nie jest arcydziełem, ani czymś szczególnie odkrywczym. Jego struktura jest niezwykle prosta, a historia bohaterki przewidywalna. Mimo iż Gambit królowej skupia się na pojedynkach rozgrywanych na sześćdziesięciu czterech biało-czarnych polach, to niesie ze sobą ładunek emocjonalny porównywalny z obserwacją prawdziwej ekranowej wojny. Przygoda Harmon nie tylko zachęca do niezwłocznego odpalenia kolejnego odcinka, ale i do wyciągnięcia spod łóżka Waszej starej szachownicy, o której istnieniu już pewnie zapomnieliście. Może warto ją wreszcie odkurzyć?

Post Author: Kamil Serafin