„Street art był od samego początku tworzony pod publikę, a Banksy otworzył tę puszkę Pandory.” Wywiad z artystą Kamilem Kuzko

Kamil Kuzko, malarz ścienny i sztalugowy, którego ostatnio odwiedziliśmy w jego pracowni na krakowskim Kazimierzu. Oto efekt naszej rozmowy, przeprowadzonej na kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu Synestezje, podczas którego zaprezentuje swoją najnowszą wystawę pt. „Studium podszywania podszewki”.

NATALIA CZACHOR

 

Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie związane ze sztuką?

Wydaje mi się, że nie mam takiego jednego wspomnienia. Mój tata zajmuje się fotografią, dlatego odkąd pamiętam, robił wiele zdjęć podczas różnych wyjazdów, gdy byłem dzieckiem. Mam też teczkę z rysunkami z przedszkola, ale to chyba nie jest jakimś bezpośrednim wspomnieniem. Pamiętam, że poprzez pracę mojego taty bywałem często w zamku Lubelskim, gdzie znajduje się muzeum regionalne. On chodził do swojego kolegi do pracowni fotograficznej, a ja spędzałem wolny czas biegając po muzeum. Ledwo zacząłem chodzić i już miałem swój aparat, którym robiłem zdjęcia. Warunki, w których dorastałem sprzyjały temu, żebym był w pobliżu sztuki.

 

Czy w swojej kolekcji masz już dzieło, dzięki któremu chciałbyś zostać zapamiętany na zawsze?

Nie, całe szczęście nie myślę takimi kategoriami. Wydaje mi się, że gdybym miał coś takiego,  to przestałbym dalej tworzyć… Bo po co?

 

Podczas festiwalu Synestezje w klubie Studio możemy oglądać Twoją najnowszą wystawę „Studium podszywania podszewki”. Czy mógłbyś opisać, czym ona jest?

Czym jest studium? Przede wszystkim tym, co sugeruje sam tytuł, który zapożyczyłem bezpośrednio z książki Zofii Hanus „Kulisy kroju i szycia”. Jest to książka o krawiectwie z lat siedemdziesiątych. Taki podstawowy podręcznik z tamtych lat, z którym obcowałem od dzieciństwa, ponieważ moja mama zajmowała się krawiectwem. Znajdziemy tam genialne rysunki, które dały mi pomysł na serię obrazów, których stworzenie wymagało ode mnie wykonania pewnych stadiów. Prace, które pokażę są bardzo konkretne. Są to konkretne formy do szycia np. żakietu, czy rysunki wskazujące, w jaki sposób wszyć podszewkę do płaszcza. I to jest taki punkt wyjściowy dla mnie, nad którym pracuje przy pomocy papieru, nożyczek, skalpela i kleju i bardzo dobrze się przy tym bawię! Myślę, że w jakimś stopniu są to takie zabawy dada, czy próby nawiązania do form artystycznych sprzed 100 lat. Gdy James zaproponował mi wystawę, byłem w miejscu dość odległym, gdzieś pod lasem. Podjąłem decyzję, że zgodzę się, ale pokażę rzeczy, których jeszcze nie mam. Miałem dwa tygodnie na stworzenie czegoś zupełnie nowego.

 

Co liczy się dla ciebie bardziej? Opisany przez Ciebie proces tworzenia, czy może sam efekt?

Zdecydowanie proces. Od jakiegoś czasu słyszę to pytanie na każdym kroku. Podczas tworzenia wystawy nie zakładałem, co będzie konkretnym wynikiem pracy przez te krótkie 2 tygodnie. Stąd też ta nazwa „studium”, coś, co jest formą przygotowawczą do czegoś, co nastąpi później.

 

Masz jakieś swoje codzienne rytuały? 

Tak. Jestem osobą niezdyscyplinowaną, więc potrzebuję takich codziennych rytuałów. Nawet mogę jasno stwierdzić, że bardzo ich potrzebuję. Może rytuał nie jest najlepszym słowem, bo po prostu staram się codziennie wykonywać określone czynności, żeby być w dyscyplinie, choć różnie mi to wychodzi. Nie chcę tego wszystkiego konkretnie nazywać, ale tak.

 

Kiedyś powiedziałeś, że lubisz, gdy ludzie interpretują Twoje prace. Ile osób tyle opinii, stąd moje pytanie, czy łatwo przyjmujesz krytykę? 

Trudno mi powiedzieć. Wielokrotnie spotkałem się z tym że jeżeli ktoś krytykuje moje prace, to próbuję wtedy dyskutować, tłumaczyć i pokazywać swoją rację. To chyba znaczy, że nie przyjmuję tego dobrze, ale wciąż się uczę.

 

Zdarzyło ci się kiedyś zakwestionować swoją karierę ? 

Parokrotnie bywały w moim życiu momenty dużego zwątpienia i chęci porzucenia wszystkiego. Kiedyś miałem takie nastawienie, że jeśli coś mi nie wychodzi lub ktoś mnie nie rozumie, to ja będę się buntował, ale to było lata temu. Istotną kwestią jest to, że też nie widzę u siebie jakiejś specjalnej kariery, bo nigdy nie było to moim priorytetem. Jeżeli takiego podejścia nie ma, to od razu zwątpienia są dużo rzadsze, bo to oczekiwania budzą rozczarowania. Z drugiej strony, ten brak pewności, zrozumienia, czy odbioru, który wiąże się z tworzeniem, może być bardzo pociągający. Sam nie do końca wiem, co zrobię, jak z tą wystawą. Założyłem, że będę robił to i to, ale szybko zauważyłem, że wyjdzie coś innego. To wszystko jest dla mnie niezwykle interesujące i odkrywcze. Zjazdy, doły… A kto ich nie ma? Czy to musi być uwarunkowane pracą artystyczną? Kiedyś tak uważałem, dzisiaj tak nie uważam.

 

Masz jakąś radę dla młodych artystów, którzy podążają Twoim śladem? 

Żeby nie podążali moim śladem, a podążali swoim. Wydaje mi się, że ciężko jest udzielać rad, nie ma w tym przypadku jakiegoś jednego przepisu na sztukę.

 

Wolisz, gdy sztuka, którą tworzysz jest ogólnodostępna, jak choćby murale na ulicach, czy wolisz, gdy trafia do koneserów i kolekcjonerów? 

Doświadczenie ostatnich dwóch, czy trzech lat pokazuje, że to ta pierwsza odpowiedź jest prawdziwa. Kiedyś miałem oferty od paru poważnych kolekcjonerów zainteresowanych moją sztuką i nie wyszedłem temu naprzeciw, natomiast wciąż wychodzę w przestrzeń publiczną, zostawiając tam ślady swojej twórczości. Nie chcę zupełnie pomijać kolekcjonerstwa, czy muzealnictwa i tego typu obszarów, bo fajnie jest, gdy komuś podoba się moja praca i chce ją nabyć, ale cały czas jest mi bliższe środowisko miejskie.

 

Zgodzisz się ze stwierdzeniem, że Kraków może być polską stolicą sztuki ulicznej? 

Uśmiecham się, bo czym właściwie jest street art? Ja tego nie widzę. Jest w Krakowie parę  przyzwoitych murali, ale czy murale to street art? Moim zdaniem nie. Graffiti? Moim zdaniem też nie. Jest kilka szablonów, szczególnie tutaj na Kazimierzu, ale jeżdżę do innych miast i czy Kraków jakoś się różni? Spora część rzeczy jest zrobiona przez ludzi z zewnątrz. Oczywiście znajdziemy tu wiele poprzebieranych osób, zbierających pieniądze na rynku za kopanie piłki, czy ruszenie ręką, ale to chyba nie o to chodzi. Może Kraków ma kompleksy, że Warszawa jest stolicą i chce być teraz znany ze street artu, ale spójrzmy na Berlin. Stał się bardzo popularny poprzez działania artystyczne i wielu twórców wyjechało już stamtąd. Część z nich nawet zamalowała swoje prace. Śmiem powiedzieć, że street art był od samego początku tworzony pod publikę, a Banksy otworzył tę puszkę Pandory. Wszyscy zrozumieli, że jest to dobry pomysł na biznes pod płaszczykiem buntu. Kwestionując rynek sztuki, znaleźli się u jego źródła. Nie chcę, żeby Kraków był jakąkolwiek stolicą.

 

Kochasz to, co robisz? 

„Kochać” to jest za dużo. Nie wiem, czy można kochać to, co się robi. Czy da się kochać swoją pracę? Każdy inaczej rozumie miłość. Ja nie mam takiego odczucia, że to kocham. Lubię i często sprawia mi to przyjemność, mimo że są ciemniejsze strony tego zawodu, ale jak pewnie w większości przypadków. Mam taką pierwotną potrzebę tworzenia, wyrażenia siebie i komunikowania się z „kimś”. Sztuka daje mi tę możliwość, bo słowo nie zawsze jest wystarczające. Są różne inne płaszczyzny, z których korzystam. Nigdy nie chodzi mi wyłącznie o obcowanie z samym dziełem. Dzisiaj to wygląda tak, ale może w przyszłości odpowiem inaczej na to pytanie.

 

Fot. BDG // Kosmonauci – Kamil Kuzko

Post Author: BIS AGH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.