Happysad. Wywiad z Kubą Kawalcem

Nie zastanawiam czy to, co tworzę jest smutne czy wesołe, tylko czy jest prawdziwe. Takie moje kategoryzowanie. Piszę o rzeczach, które wywołują we mnie drgania i emocje. Zazwyczaj są to na własnej skórze zdobyte doświadczenia, więc nie mam potrzeby pisania o czymś, co mnie nie rusza.

AGNIESZKA WRÓBEL

 

A: Jesteście właśnie w trakcie juwenaliowej trasy, zagraliście już w Warszawie, Rzeszowie i Lublinie. Czy Kraków jest dla Ciebie w jakiś sposób sentymentalny, ze względu na twoje studia? 

K: Jasne, że Kraków jest sentymentalny. Nie tylko  jako miejsce, mam tu wielu znajomych, przy których odpalają się jakieś większe czy mniejsze sentymenty. Obecnie w Krakowie  mieszkam trochę z musu, ale nie mniej jednak jest to dla mnie istotne miasto. Podobnie jest z Warszawą, w której spędziłem ponad dziesięć lat życia. Mam taką swoją mapę Polski, na której zawsze najistotniejsze będą dla mnie 3 miejsca:  Skarżysko, gdzie się urodziłem Kraków, gdzie studiowałem i Warszawa, gdzie pracowałem. Jednak kiedy jedziemy np. do Lublina już chyba ponad czterdziesty raz, to też jest to dla nas znane miejsce.

 

A: Czy za studenckich czasów odwiedzałeś miasteczko studenckie AGH?

Nawet papiery planowałem złożyć na AGH! Jednak w ostatnim momencie zmieniłem zdanie i  złożyłem na jeszcze wtedy Akademię Ekonomiczną. W dniu rekrutacji wszedłem do głównego budynku AGH-u i przeraziła mnie kubatura tego obiektu. Kręte schody i wielki szyb nie dorównały zieleni panującej na Akademii Ekonomicznej. Był to dosyć impulsywny wybór. Wyszła wtedy też nie za miła sytuacja, byłem pewny, że dostanę się na studia. Dobrze zdałem maturę, byłem dobrym uczniem, więc złożyłem podanie tylko na jedną uczelnię. Finalnie musiałem pisać odwołanie. Chciałem wiązać się z reklamą, marketing wydawał się dla mnie idealnym kierunkiem, na którym mógłbym połączyć muzykę z filmem.  Byłem przekonany, że trafi to w spektrum moich zainteresowań.

 

A: Czy koncerty juwenaliowe różnią się od zwykłych koncertów granych na trasie? Czy czujesz inną energię od publiczności?

K: To jest w gruncie rzeczy pytanie o różnice między koncertem klubowym a plenerowym. Tych różnic jest sporo, jedne są na korzyść plenerów, inne na korzyść klubów, natomiast czeka się na plenery po tej jesieni, zimie takiej ściśniętej i ciasnej, ale też na swój sposób pięknej, bo z własną publiką. Jednak jest taka tęsknota za tym świeżym powietrzem za tą swobodą organizacyjną,  bo nie za wszystko my odpowiadamy, jesteśmy tutaj gośćmi. Zeszła już z nas presja tej konfrontacji z publicznością czy to jest nasza, czy nie, przeszliśmy już przez wszystkie fazy od hejtu poprzez zamiłowanie i różnorodność opinii. To nas trochę może nie zobojętniło, ale daje nam spokój, mamy dużą scenę, jesteśmy zapraszani na duże imprezy, a juwenalia to jest właśnie bardzo dobra otwarta publika, świetne wydarzenie.

 

A: Czy po koncertach juwenaliowych odnajdujecie w swoich publikach nowych fanów zarażonych waszą muzyką?

K: Zakładam, że część fanów po takim koncercie odchodzi, inni przychodzą. Jesteśmy świadomi tej fluktuacji, jednak jedyne, co możemy zrobić to zagrać dobry koncert i dobrze się bawić. Oczekiwania ludzi są różne, jedni potrzebują jakiegoś show, fajnych śmiesznych gadek i fajerwerków, a inni natomiast życzą sobie subtelnego przekazu. Ja nie mam genu konferansjerki, mało się odzywam między numerami, a jak coś powiem, to zazwyczaj żałośnie, dlatego skupiamy się na graniu. Nasza muzyka jest dla nas fajnym przeżyciem, robimy to wiele lat i jest jedynym, co nam zawodowo dobrze wyszło. Sprawia nam to radość, dlatego tego się trzymamy i mam nadzieję, będziemy trzymać.

 

A: W poniedziałek ukazała się wasza nowa piosenka „Cały” będąca zapowiedzią nowej płyty. Brzmienie w dużej mierze przypomina poprzedni krążek, czy fani przywykli do zmiany jaka zaszła w waszej twórczości? Czy uważasz, że fani dojrzewają i rozwijają się razem z wami, czy może każda płyta ma innych zwolenników?

K: To jest w gruncie rzeczy bardzo socjologiczny wywód, wątek na dłuższą rozmowę. Dużo się zmieniło biorąc pod uwagę, że pierwszą płytę wydaliśmy w 2004r. Byliśmy wtedy zespołem amatorskim, zupełnie nie mającym sprzętu i doświadczenia. Były to też całkiem inne czasy, zdecydowanie  inaczej muzyka była wtedy odbierana i absolutnie inaczej wyglądała wtedy nasza świadomość. Przez te lata zagraliśmy ponad 1300 koncertów, co daje potężny bagaż doświadczenia muzycznego świadomości podpinającej się pod rozwój i pod doświadczenie. Mamy już po ponad czterdzieści lat, zmieniło się wszystko w naszym życiu. Przeszliśmy przez wszystkie etapy dojrzewania, dorastania i to byłoby zupełnie nie naturalne, gdybyśmy w jakiś sposób nie zmienili siebie i naszej muzyki. Ciężko tłumaczy mi się ze zmian, które są dla nas oczywiste, zupełnie jak bym działał na potrzeby rynku. W pewnym momencie gramy w czwórkę wydajemy drugą  płytę i tu pojawiają się potrzeby, a wraz z nimi pomysły. Może wcielić do składu klawiszowca? Może instrumenty dęte, które wypełnią jakąś przestrzeń? Potrzeby rosną, poznajesz ludzi , którzy pasują lepiej lub gorzej, zamieniasz ich i po dziesięciu latach masz skład 6 osobowy i cały czas robisz coś, co ciebie kręci, co tobie się podoba, za co odpowiadasz swoim gustem i swoimi oczekiwaniami. To jest zupełnie normalne, że nie wszystkim będzie odpowiadać ta zmiana, bardziej lub mniej drastyczna, dla nas jest całkowicie naturalna, a dla ludzi naturalnym jest to, że część ją łapie część nie. Nie ma zespołu na świcie który by się nie rozwijał, nie zmieniał.

 

A: Czy mówiąc o przełomowej zmianie, masz na myśli płytę „Jak by nie było jutra” ?

K: Tak, z tym, że tam najbardziej czuć zmianę producenta. Był to moment, w którym w zupełności pozwoliliśmy oddać stery komuś z zewnątrz. Wtedy poznaliśmy Marcina Borsa, czyli takiego naszego krajowego Magdę Gessler polskiej branży muzycznej. Wyglądało to trochę jak rewolucja, oddaliśmy mu całkowicie lejce, byliśmy gotowi zgodzić  się na wszystko, co on zrobi. Chcieliśmy sprawdzić, na ile jesteśmy elastyczni i na ile jesteśmy w stanie zrobić coś innego niż dotychczas. To był faktycznie tak, patrząc z perspektywy czasu album doświadczalny, ale też ogromna dawka przygody, wiedzy i świadomości muzycznej. Aranżowanie numerów zupełnie od innej strony, niezwykle cenna lekcja, która dała nam bardzo dużo przy tworzeniu płyty ciało obce. Jest to również zupełnie inny album, ale już bardziej nasz, tego Borsa jest już tam mniej. W dalszym ciągu pracujemy z Marcinem, ale idziemy na różne kompromisy.

 

A: Czy w nowym albumie usłyszymy jakiś  bardziej pozytywny wydźwięk, po przygnębieniu jakiego doświadczyliśmy w „Ciało obce” ?

K: Ja nie pamiętam, który nasz album był wesoły, nie pamiętam, przysięgam. Nie zastanawiam, czy to co tworzę jest smutne czy wesołe, tylko czy jest prawdziwe. Takie moje kategoryzowanie. Piszę o rzeczach, które wywołują we mnie drgania i emocje. Zazwyczaj są to na własnej skórze zdobyte doświadczenia, więc nie mam potrzeby pisania o czymś, co mnie nie rusza. Faktycznie jest więcej smutnych,  przygnębiających piosenek, ale przez to bardziej emocjonalnych i prawdziwych. Nie jestem specjalistą od pocieszania ludzi, mam słaby gen kołczerki. 

 

A: Seria teledysków z poprzedniej płyty była w całości nagrywana w stu letniej stodole w Nowym Kawkowie na Warmii. Stworzyło to niesamowity klimat i utrzymało spójność całej serii. Czy planujecie utrzymać tę koncepcje także w nowym albumie?

K: Tak, przy ciele obcym głównym założeniem było skupić się na jednorodności. Teledyski  były do siebie podobne, był to koncept teledysku całej płyty. Teraz będzie inaczej, wypuściliśmy jeden singiel przed płytą, może we wrześniu wypuścimy drugi z teledyskiem.  Jest to dla nas unowocześnienie, bo nigdy tak wcześnie przed płytą nie wypuszczaliśmy singla. 

 

A: Jesteście mistrzami w promowaniu nowych zespołów. Dzięki wam wielu fanów odkryło Kaśkę Sochacką, czy Sonbird. Czy przychodzi Ci na myśl jakiś początkujący zespół, który mógłbyś polecić na ten moment?

K: To nie my wypromowaliśmy Sonbird, tylko mieliśmy szczęście, że zgodzili się z nami zagrać. Sami się wypromowali, wygrali festiwal supportów. Zawsze pomagamy zespołom, które promują jakąś wartość ważną dla nas czy liryczną, czy energetyczną,  jakąś fajną artystyczną spójność. Jest to zespół bardzo młodych chłopaków, którzy mają analogię podobną do naszych przygód, więc z wielką chęcią pomagaliśmy, ale na pewno nie weźmiemy ich sukcesu na siebie. Jest cała masa początkujących zespołów, ja mogę polecić od siebie The Cassino. To jest dla mnie objawienie, naprawdę zdolne chłopaki, chciałbym, by zagrali z nami parę koncertów.

 

A: Czy nie chcielibyście poszerzyć swojej publiki o zagranicznych fanów? Czy planujecie jakiś utwór po angielsku?

K: To jest duży problem, ja znam angielski, ale ciężko byłoby mi to dźwignąć emocjonalnie. Dla chłopaków pewnie nic by się nie zmieniło, ale ja nie czułbym, że mój tekst jest wystarczająco prawdziwy. Myślę po polsku, wyrażam swoje emocje po polsku, złoszczę się po polsku i zakochuję się po polsku. Musiałbym znaleźć naprawdę dobrego tłumacza, to by się musiało kleić, ale i tak miałbym duże opory. Zakładam że jest to możliwe, ale nigdy nie podjęliśmy żadnej próby. Nie wydaje mi się, żeby nasza muzyka była wystarczająco atrakcyjnym produktem na zagraniczny rynek, jest przecież tyle dobrych zespołów. Było by śmiesznie w wieku 41 lat wydać płytę zagraniczną i odnieść tam sukces. Nie jestem osobą, którą ciągnie przed kamery, nie lubię „brylować”, ale jeśli znajdzie się ktoś, kto chciałby to przetłumaczyć, wydać i zaryzykować to myślę, że to nie byłby problem, żeby zebrać jakieś 10 piosenek na taką płytę. Jednak jakbym miał sam tworzyć po angielsku, to bym się chyba nie odważył.

Fot. Maciej Bernaś, KSAF
Podziel się z innymi!

Post Author: BIS AGH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.