Magiczna granica 10 kilometrów

Sobotni wieczór. Przez otwarte okno wpada jesiennie powietrze. Nadal niesie ze sobą ciepło, ale już nie takie duszne, jak zaledwie miesiąc temu. Liście zaczynają tracić swój intensywny zielony kolor. A ja? Sznuruję buty i wychodzę. Dziś czeka mnie przełomowy bieg.  

KAROLINA MACHNIK

 
Każda pora roku ma w sobie to coś. W lecie czerpiemy energię z promieni słonecznych, podczas gdy zimie uroku dodaje śnieg i zapach ciepłego kakao. Tak samo każdy okres ma w sobie specyficzne warunki dla biegacza. Podczas lata walczy się z upałem, osobiście wolę wtedy biegać późnym wieczorem, gdy słońce zajdzie. W powietrzu nadal unosi się zaduch dnia, ale delikatnie już upada na rzecz chłodniejszej nocy. Podczas zimy uważać trzeba na wyziębienie, wskazany jest ubiór na cebulkę, ale też nie powinno się przesadzać, bo przegrzanie organizmu jest równie niebezpieczne.
 
A jesień? Dla mnie to idealna pora, żeby pokonywać coraz większe odległości. Tak samo było tego wrześniowego wieczoru. W głowie odbijała się echem myśl: “przekroczę 10 kilometrów”.  Chciałam więcej, chciałam zobaczyć, jak daleko uda mi się pociągnąć moje nogi. Temperatura była idealna – 13 stopni, brak wiatru, słońce już nie było takie mocne. Doszłam do punktu, w którym zawsze zaczynam i pomyślałam: “Okej, no to do roboty” i pobiegłam. 
 
Pierwszy kilometr minął mi bardzo szybciutko, potem drugi i trzeci. Biegłam sobie w miarę spokojnym tempem w rytm piosenek High School Musical. Tak minął jeszcze czwarty kilometr, a ja nagle znalazłam się przy Centrum Kongresowym. Hmm, teraz zaczęłam zastanawiać się, jaką trasę obrać. Dobiec na błonia czy kierować się w stronę Galerii Kazimierz? Wygrało to drugie. Perspektywa biegu wzdłuż Wisły była bardziej kusząca. Przemierzyłam tak piąty, szósty i siódmy kilometr, podziwiając widoki i rozmyślając o wszystkim, co przychodziło mi do głowy.  Gdy wirtualny głos aplikacji ogłosił, że doszłam do dziewiątego kilometra, zmieniłam muzykę na coś jeszcze żywszego. W słuchawkach brzmiał Macklemore, a ja z każdym krokiem zbliżałam się do, w moich myślach, magicznego momentu. Zaczęłam myśleć o przyszłości i o tym, jak moje życie będzie wyglądać za 5 lub 10 lat. Wizja mieszkania gdzieś w Australii poniosła moje nogi do 10 km, a później? Później już nawet przestałam czuć, że biegnę. Moja fantazja zablokowała zmęczenie, byłam pogrążona w otchłani własnych myśli.
 
Gdy znalazłam się z powrotem pod mieszkaniem, zrozumiałam, co się stało. Popatrzyłam na ekran telefonu i cyferki, które na nim widniały. Chwilę zajęło mi, żeby uwierzyć, że przebiegłam 12 kilometrów. Dla jednych może się to wydawać mało, ale dla mnie w tym momencie to było jak przebiegnięcie maratonu.

Podziel się z innymi!

Post Author: BIS AGH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.