Marzenia szaleńców – recenzja filmu “Ad Astra”

Chociaż Ad Astra ocieka dramatem, to ostatecznie prezentuje nam jakże optymistyczne przesłanie, wolne od pustych frazesów o miłości, które tak często wpychają nam tytuły o podobnej tematyce.

KAMIL SERAFIN

 

Mars. Pogrążona w nieprzeniknionym mroku jaskinia, w całości wypełniona wodą. Wciśnięty w zgrabny kostium astronauty major McBride wspina się powoli w górę, udowadniając, że obecność jednego człowieka wystarczy, by zakłócić panujący tu od milionów lat spokój. Prze naprzód, wyłaniając się z rdzawo-czerwonego pyłu, zmierzając ku odległemu światłu. Wyrusza w ostateczną podróż w stronę odległego o ponad 4 miliardy kilometrów Neptuna. W stronę swojego ojca. W stronę prywatnego jądra ciemności.

 

Opisana powyżej scena to moment kluczowy w Ad Astra, nie tylko dlatego, że jest sekwencją niezwykle estetyczną i pełną iście hipnotyzujących ujęć kamery, za którą stoi znakomity Hoyte Van Hoytem. Jeśli zdecydujecie się obejrzeć najnowszy film Jamesa Greya, to właśnie te kilka minut seansu, ta podziemna eskapada głównego bohatera, zapadnie Wam w pamięć jako moment, w którym scenariusz wykłada wszystkie karty na stół i pokazuje, z jak bardzo patetyczną historią mamy tu do czynienia. 

 

A przecież Ad Astra to na pozór kolejny letni blockbuster, przeznaczony do szybkiej konsumpcji i jeszcze szybszego ulotnienia się z pamięci widza na kilka dni po jego obejrzeniu. Tytuł ze zwiastunów i kinowych plakatów atakuje kosmicznymi pościgami, strzelaniem, lataniem i wszystkimi innymi elementami, od których zazwyczaj stronią produkcje minimalistyczne, skupiające się na podróży w głąb ludzkiej psychiki bardziej niż na beztroskiej zabawie w kolejnego Star Treka. Sam zarys fabuły, obracającej się wokół ratowania świata od kolejnej wersji zagłady, mógłby być pożywką dla miłośników efektów specjalnych, które nie idą w parze z jakąkolwiek ambitną treścią. A jednak tak nie jest. James Gray pod przykrywką mrocznego science-fiction serwuje światu nową wersję Heart of Darkness Josepha Conrada, za cel wędrówki stawiając orbitę najodleglejszej z pobliskich nam planet. To tam bohater Brada Pitta będzie musiał ostatecznie skonfrontować się z ojcem (Tommy Lee Jones), rzucającym swoimi działaniami długi cień nie tylko na jego życie, ale i cały Układ Słoneczny. 

 

W swojej opowieści Grey przedstawia świat odhumanizowany, ekstremalnie podporządkowany ścisłym regułom i obostrzeniom, które nie zostawiają w ludzki umyśle miejsca na cokolwiek zbędnego, niezwiązanego ściśle z celem misji. Emocje? Uczucia? Podniecenie czy też strach? Zapomnijcie. Ad Astra ukazuje niepohamowany postęp nauki, rzeczywistość, w której ludzkość zagarnia kolejne ciała niebieskie, poszerzając granice wiedzy, granice nauki i technologii, ludzkie przywary i słabości pozostawiając za sobą, na powierzchni Ziemi. Idylla postępu, szalona fantazja, w której narody bardziej niż na wzajemnym grożeniu sobie atomówkami, poświęcają się poszukiwaniu inteligentnego życia we wszechświecie. Ten naukowy raj, w którym zimna kalkulacja i zdrowy rozsądek stawiane są na piedestale, okazuje się jednak zimną, ogołoconą z wszelkiego piękna męczarnią. Nieliczni bohaterowie, jakich widzimy na ekranie, albo poddają się temu bezdusznemu sposobowi myślenia albo próbują się buntować, stając się wyrzutkami, których system nie jest w stanie zaakceptować. 

 

Ad Astra zaskakuje, nie będąc gloryfikacją postępu i podboju kosmosu, ale ganiąc ślepą pogoń za odkryciami, za naukowymi sukcesami, stawiając ją na równi z wyrzeczeniem się własnego człowieczeństwa. Sama narracja okazuje się niebywale przygnębiająca, z rzadka dając nam odetchnąć od wszechobecnego patosu, momentami aż nazbyt wyczuwalnego. Grey potrafi jednak zboczyć na krótką chwilę z torów swojej historii, by dać nam się nacieszyć światem, do jakiego trafiliśmy, czy to prezentując przemyślenia bohatera na temat obecności oddziału Subwaya na Księżycu, czy też wrzucając go w wir nieoczekiwanej misji ratunkowej w drodze na Marsa. Prawdą jest, że nie udało się tu całkowicie uniknąć kilku dziur fabularnych i niedopowiedzeń, jednak ich rozpamiętywanie nie jest nam tu do niczego potrzebne, podobnie zresztą jak zarzucanie produkcji nieścisłości naukowych. Nielicznych zresztą. 

 

Dla wielu losy McBride’a okażą się zawodem, jako film ciężki w odbiorze, niesamowicie wręcz przygnębiający. Jednak, chociaż Ad Astra ocieka dramatem, to ostatecznie prezentuje nam jakże optymistyczne przesłanie, wolne od pustych frazesów o miłości, które tak często wpychają nam tytuły o podobnej tematyce. Reżyser przypomina nam bowiem, że jedynym, czego obecności możemy być we wszechświecie pewni, jesteśmy my sami. Na razie. 

Podziel się z innymi!

Post Author: BIS AGH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.