Pan morderca – recenzja filmu “Podły, okrutny, zły”

Podły, okrutny, zły nie jest z pewnością dziełem, które zapisze się w kanwie najbardziej pamiętnych filmów, poświęconych przestępcom działającym pod flagą Stanów Zjednoczonych. Za dużo tu luzu, za mało faktycznego skupienia się na zbrodniach jednej z najbardziej przerażających postaci ostatnich kilkudziesięciu lat, której przecież ta opowieść jest poświęcona.

KAMIL SERAFIN

 

Filmów, w których fabuła stawia w roli głównego bohatera słynnego przestępcę, z pewnością światu nie brakuje. Jako że Hollywood zazwyczaj chce, by widownia nie darzyła nienawiścią, bądź obrzydzeniem postaci, której losy śledzą. Najczęściej dostajemy opowieści o cwaniakach, których działalność nie wykracza ponad patroszenie cudzych portfeli na wszelakie nielegalne sposoby. Komu by w ogóle przeszło przez myśl, by jako postać pierwszoplanową, którą widzowie mają w zamyśle twórców polubić, obsadzić seryjnego mordercę. Którego okrucieństwo i kreatywność w formach zabijania stały się jedną z najbardziej przerażających historii dwudziestego wieku.

 

Theodore Bundy to dziwna i nietypowa figura. Opowieść o jego wszystkich zbrodniach i późniejszym publicznym procesie mogłaby posłużyć jako materiał źródłowy, nie tylko dla pojedynczego filmu, ale i całego serialu. Z kilkoma sezonami. Legendarne wręcz stały się nie tylko mrożące krew w żyłach losy jego ofiar, ale również opanowanie, poczucie humoru oraz zniewalający urok osobisty, którymi bezustannie się cechował. Nawet ostatecznie przyparty do muru na sali sądowej, wciąż cieszył się uwielbieniem wśród młodych obywatelek USA. Te, paradoksalnie, jeszcze kilka miesięcy wcześniej mogły stać się częścią kolekcji jego zabójstw. Do stworzenia wiarygodnej filmowej kreacji potrzebny był więc ktoś cieszący się równie dużą popularnością, z zawsze obecnym uśmiechem na twarzy i nienaganną aparycją.

 

Wybór padł więc na nieszczęsnego Zacka Efrona, kojarzonego przez ogólną świadomość widzów głównie z młodzieżowymi historiami miłosnymi i rubasznymi komedyjakmi pokroju Sąsiadów. Reżyser Joe Berlinger wiedział jednak, czym dysponuje i wycisnął z gwiazdy High School Musical ile się dało, transformując go w uśmiechniętego i jakże wesołego mordercę. W efekcie Efron jest lepszym Bundym niż sam Bundy. Nie dostajemy tu wizerunku sprytnego zbrodniarza, potwora przybierającego maskę normalnego obywatela. Przez lwią część seansu otrzymujemy zaledwie skromne i sugestywne przesłanki, że za jego uśmiechem może kryć się twarz człowieka, zdolnego do krojenia żywcem osób, które podstępem zaciągnie do samochodu czy za róg akademika. Film stawia przed nami człowieka, o którym sami nie wiemy, co powinniśmy myśleć. Ted manipuluje światem do tego stopnia, że wręcz nieprawdopodobny staje się fakt jego udowodnionej później winy. Winy, której sam się uparcie wypiera, wykazując się nieludzkim wręcz uporem. Kamera ukazuje nam kolejne etapy jego upadku, stopniowego wywierania na niego presji w salach sądowych. Twórcy pokusili się nawet o wierne odzwierciedlenie scen i monologów, jakie towarzyszyły całej sprawie, którą 40 lat temu żyła cała Ameryka.

 

Mimo wszystko film ma problem z własną tożsamością. Całą sprawę obserwujemy z perspektywy dziewczyny Bundy’ego, Elizabeth Kloepfer (w tej roli świetna jak zawsze Lily Collins). Zniewolonej w związku z nim, stale wątpiącej.To w jego winę, to w jego słowa. Ona również jest jego ofiarą, podporządkowaną, uzależnioną od jego miłości. Podły, okrutny, zły widziany jej oczami, to więc żartowniś, który na sali sądowej zwyzywa własnego adwokata, ku uciesze tłumów. Nakarmi głodne niemowlę, czy też poniży prokuratora na antenie telewizji. To nie wizerunek mordercy, to wizerunek awanturnika. Biorąc pod uwagę, że wszyscy znamy prawdę o jego poczynaniach, jest to momentami irytujące, a nawet niekomfortowe. Scenariusz zagalopował się zdecydowanie za daleko w robieniu z Bundy’ego społecznego rebelianta, sprzeciwiającego się systemowi prawnemu. Nie jest to ani kompletny film ukazujący wizerunek psychopaty, ani konsekwentna historia udowadniania jego winy, która wypływa na światło dzienne nagle. W przeciągu kilku zaledwie ujęć. Widz jeszcze przez długą chwilę zastanawia się, czy to już definitywny koniec tego teatrzyku, czy czeka go jeszcze kolejna drwina z ust Zacka Efrona, czy z jego rękawa wypadnie jeszcze jakiś ostatni as…

 

Podły, okrutny, zły nie jest z pewnością dziełem, które zapisze się w kanwie najbardziej pamiętnych filmów poświęconych przestępcom działającym pod flagą Stanów Zjednoczonych. Za dużo tu luzu, za mało faktycznego skupienia się na zbrodniach jednej z najbardziej przerażających postaci ostatnich kilkudziesięciu lat, której przecież ta opowieść jest poświęcona. Widzowie przychodzą zobaczyć tutaj poważną historię, a nie jej cukierkową wersję, która dopiero pod sam koniec odsłania swoje prawdziwe oblicze. I to w dodatku bez jakiegokolwiek pamiętnego efektu.

Podziel się z innymi!

Post Author: BIS AGH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.