Odwrotny syndrom paryski

Trudno jest nie czuć się olśnionym przez Paryż. Trudno jest zmrużyć oczy wystarczająco sceptycznie, by zablokować cały ten blichtr i blask.

KAROLINA BOGACKA

 

Czy znacie definicję syndromu paryskiego? Jeżeli nie – nie ma sprawy i tak przypomnę: Syndrom paryski to dolegliwość występująca najczęściej wśród turystów z Japonii, którzy po latach oszczędzania na wycieczkę przyjeżdżają do Paryża, spodziewając się raju – a przynajmniej „krainy jak w filmach” – tylko po to, żeby znaleźć rozczarowanie. Oraz podobno, zawroty głowy, halucynacje i uczucie prześladowania.

 

Mam wrażenie, że ja podczas wycieczki cierpiałam na odwrotny syndrom paryski.

Trochę nie mogłam uwierzyć, że to miasto istnieje.

 

To nie jest tak, że spodziewałam się bardzo brzydkiego czy udręczonego Paryża, po prostu: nie spodziewałam się Paryża na 200%. To tak, jak w Krakowie nikt tak naprawdę nie nosi beretów z piórkiem albo sukienek w paski albo nikt siedząc na ławeczce nie jest na tyle szalony, żeby zacząć dokarmiać gołębie. Kraków jest Krakowem na mocne 75%. To znaczy, że cały czas jest przepięknym obiektem historycznym o bardzo bogatej kulturze, zamieszkałym jednak przez normalnych, zwyczajnych ludzi.

 

W Paryżu też są normalni ludzie, ale się umówili. Że będą zawsze nosić marynarki i ramoneski, a także czasami berety. Że będą mieć wszędzie cudowne piekarnie. Że będą spędzać wolne piątki w bistrach, popijając kawę. Że absolutnie absurdalne połacie swojego miasta pokryją kamienicami o gołąbkowych ścianach i szarobłękitnych dachach i że wszystko to będzie wyglądało zarówno elegancko, jak i wystarczająco niewymuszenie. Paryż stara się nie pamiętać, że jest piękny i dlatego jest taki piękny.

 

(Teraz nie dziwię się, dlaczego tylu innych europejskich monarchów postanowiło sobie zrobić własny Wersal i dlaczego tak wielu to nie wyszło. Popatrzcie na Schönbrunn albo na jakikolwiek klasycystyczny budynek w Wiedniu. Kiedy Paryż jest powściągliwy i pełen klasy, Wiedeń wygląda jak krem zebrany ze śmietankowego tortu, z wisienką zrobioną ze złota. Troszeczkę przekracza granicę dobrego smaku)

 

Co nie oznacza, że w Paryżu nie widać problemów. Wręcz przeciwnie, widać ich nawet całkiem sporo. Duże nierówności społeczne, wysokie ceny, wielu bezdomnych – to zdecydowanie nie jest miasto, które ogarnęło, jak powinno troszczyć się o swoich mieszkańców. Wszystkich mieszkańców, nie tylko niski, elitarny procent.

 

Co smutne, bo najpiękniejsze miejsca w Paryżu mają wiele wspólnego z tym, na ile przyjazne to miasto było dla intelektualistów i artystów, i całej tej egzotycznej grupy ludzi, których ciekawe myślenie rzadko przekładało się na ciekawe zarobki.

 

Myślę więc, że najbardziej paryskim miejscem w Paryżu jest Musée d’Orsay. Tak trudno uwierzyć, że ci wszyscy ludzie z podręczników – Van Gogh, Gauguin, Rodin – mieszkali kiedyś w jednym mieście i równolegle próbowali zrozumieć, czym dla nich jest właściwie cały ten impresjonizm. (Niektórym z nich zajęło to zresztą dłuższą chwilę). To podobny duch, jak ten panujący w Shakespeare&Co. – „Nie Bądź Niegościnnym Dla Nieznajomych, Bo Mogą Być Aniołami W Przebraniu”.

 

To obecność nie tylko śmietanki artystycznej, ale artystycznego sera, masła, i jogurtu. Całej mikrokultury podkradającej i podrzucającej sobie pomysły, i pozwalającej im fermentować w nowe, jeszcze bardziej różnorodne sposoby myślenia inaczej.

 

Więc może w to jest najtrudniej uwierzyć w całym Paryżu. Że przez tak długi okres czasu mieszkało tam tylu ciekawych ludzi o tylu ciekawych pomysłach. I że pozwolono im zrobić Paryż.

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.