Kres podróży – Recenzja filmu “Avengers: Koniec gry”

Najbardziej oczekiwany film ostatnich lat zawitał wreszcie na ekrany kin. Jak wypadło ostateczne pożegnanie z drużyną Avengers?

KAMIL SERAFIN

 

Minęło już 11 lat od momentu, gdy Tony Stark wykuł na wielkim ekranie swoją pierwszą zbroję w Iron Manie Jona Favreau. Podobnie jak on, nad młotem i kowadłem stał przez cały ten czas producent wykonawczy Kevin Fiege. Wierny oficer Disneya cierpliwie, krok po kroku kupował kolejne licencje, dorzucał do puli kolejne postacie. Budował powoli, film za filmem, najbardziej rozbudowane kinowe uniwersum świata popkultury. Z nieszanowanych niegdyś komiksów. Z bajek dla dzieci. Ze śmieci. Tak oto powstała marka, dla której nawet Gwiezdne Wojny nie stanowią już realnej konkurencji. Historia kreowana przez 22 filmy, z ponad osiemnastoma miliardami dolarów na koncie dobiegła wreszcie końca. I koniec ten jest jej godny.

 

Trudno uznać Koniec gry za pełnoprawny film produkcji braci Russo, dla których jest to również ostateczne pożegnanie z Marvel Studios. Bliżej mu raczej do finałowego odcinka jakiegoś wielkiego serialu, który cały świat z wypiekami na twarzy oglądał od kilkunastu lat. Znajomość poprzednich tytułów studia jest konieczna i niezbędna by zrozumieć to, co przyszykowali dla nas twórcy. Zrozumieć i docenić, bo ostatnia część Avengers to jedna wielka laurka dla całego uniwersum, nieustannie puszcza oko do fanów. Im uważniej śledziliście poprzednie losy ulubionych bohaterów, tym więcej wyciągniecie z ich zakończenia. Nostalgii i odwołań do filmów z poprzednich faz Marvel Cinematic Universe jest tu tak wiele, że pojedynczy seans nie pozwoli nikomu na wyłapanie ich wszystkich. Uważne oko dostrzeże także liczne nawiązania wizualne, w postaci kadrów bliźniaczo podobnych do tych, które widzieliśmy już wcześniej, choć w zgoła innych okolicznościach. Każdy z poprzednich rozdziałów tej historii ma znaczenie, jest w jakiś sposób obecny w ostatecznym rozegraniu całej akcji. Osoby, dla których Endgame będzie pierwszym zetknięciem z Kapitanem Ameryką i resztą familii zdecydowanie nie są tu mile widziane. Nikt też ich nie zaprasza, bo tym razem scenariusz odpuścił widzom na tym etapie już niepotrzebną ekspozycję.

 

Koniec gry zabiera nas w sentymentalną podróż przez wszystkie poprzednie etapy epickiej sagi, daje nam odczuć ciężar całej opowieści, która doprowadziła nas do tego punktu.

Motywy mozolnie budowane przez ostatnie lata zmierzają wreszcie do końca, ucinając wcześniejsze niedomówienia, domykają kolejne aspekty uniwersum, które aż do tego momentu stanowiły obiekt spekulacji wśród widzów. Russo wychodzą naprzeciw oczekiwaniom fanów, dając im wreszcie najbardziej wymarzone przez nich rozwiązania fabularne. Nie chcąc dokonać zbrodniczego aktu zdradzenia fabuły lepiej jednak poprzestać na tym ogólnym stwierdzeniu…

Jednak nawet 183 minuty to zbyt mało, by sprawnie poradzić sobie z ogromem całego przedsięwzięcia jakim było i nadal pozostaje kinowe uniwersum Marvela. Scenariusz momentami zaczyna gubić się we wszystkich pomysłach, kolejnych zwrotach akcji, rozdzielając się na zbyt wiele równoległych sobie wątków, które dopiero na końcu zostaną ze sobą definitywnie powiązane. Lekkiego, ale mimo wszystko obecnego tu chaosu nie udało się więc całkowicie uniknąć. Przy tej skali trudno się temu dziwić. Nie jest to na szczęście w jakikolwiek sposób odczuwalne podczas samego seansu. Na ekranie dzieje się tyle, że nie ma nawet kiedy zwrócić na to większej uwagi. Endgame z minuty na minutę nieubłaganie zmierza bowiem do wielkiego, niesamowicie pompatycznego finału, który wielu pozostawi w fotelu kinowym ze łzami w oczach, a innych z ciarkami na plecach. Pozostałych z jednym i drugim. To, czego dostarczają ostatnie minuty można trafnie porównać jedynie z bitewnym  zwieńczeniem trylogii Władcy Pierścieni Petera Jacksona lub zakończeniem przygód Harry’ego Pottera. Porównanie to może okazać się zresztą nietrafne, bo wieńczące 11 lat filmów starcie pozostawia daleko w tyle wszelką konkurencję pod względem stawki o jaką jest toczone i jego konsekwencji.

 

To wszystko i tak nie miałoby znaczenia bez rzeczy najważniejszej – postaci. Superherosi, bohaterowie współczesnej mitologii, których wizerunki i emblematy nosimy na koszulkach. To dla nich przychodzimy do kina po raz kolejny zostawiając swoje pieniądze w kasie, by następnie trafiły w ręce molocha Myszki Miki. I nigdy tego nie żałujemy. Koniec gry to ich największa próba, walka życia. W przeciwieństwie do Wojny bez granic, gdzie głównym bohaterem był praktycznie rzecz biorąc złoczyńca, tutaj skupiamy się wyłącznie na nich. Poprowadzenie historii każdego z szóstki oryginalnych Mścicieli chwyta za serce i jest przykładem skrupulatnego i cierpliwego tworzenia wizerunku, arcydzieła, którego kunszt zaczął się wyłaniać dopiero teraz. Początkowo szczątkowy, grubymi nićmi szyty i oparty jedynie na kilku podstawowych cechach charakter każdego z nich został ostatecznie odsłonięty, ukończony. Otrzymują wreszcie godne zakończenie, po latach zmagań z kolejnymi naprzykrzającymi im się złoczyńcami. Z niektórymi przyjdzie nam się, o czym zresztą wiemy od dawna, rozstać na stałe, z tego czy innego powodu. Tych pożegnań będzie wiele, a każde z nich da nam przeświadczenie, że nasi ulubieńcy dostali wreszcie to, na co bezsprzecznie sobie zasłużyli, walcząc nie tylko z antagonistami, ale i własnymi słabościami. Za to ich przecież pokochaliśmy. To nie supermoce, podniosłe przemowy czy ich kostiumu nas kupiły, ale to, że koniec końców ich codzienne problemy nie różniły się wcale od naszych.

 

Endgame nie jest jednakże dziełem budzącym takie emocje jak dane nam rok temu Infinity War. Więcej tu przewidywalności, oczywistych rozwiązań, które twórcy musieli zastosować by udźwignąć ciężar pstryknięcia palcami Thanosa. To nie nowy początek dla całego kinowego Marvela. Ten dopiero nas czeka, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Póki co otrzymaliśmy tutaj podsumowanie kilkudziesięciu lat oglądania kolejnych blockbusterów, spośród których takie tytuły jak Civil War czy Winter Soldier, zapamiętamy z pewnością jako lepsze filmowe doświadczenia, stanowiące zamkniętą historię. Koniec gry samodzielny nie jest i bez poprzednich produkcji nie miałby w sobie wartości, jaką z nimi reprezentuje. Ale czy to coś złego, skoro w komplecie z nimi stanowi jedno z największych popkulturowych wydarzeń naszych czasów?

 

Przecież nikt nie wkroczył do największego kinowego uniwersum by oglądać samodzielny film. Prawda?

Podziel się z innymi!

Post Author: BIS AGH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.