Bliskowzroczność

Można powiedzieć, że mam wrodzoną wadę wzroku.

Tylko taką niedużą. I nie wiem, czy wadę.

KAROLINA BOGACKA

 

Wyobraź sobie, że jest piękny, słoneczny dzień, a Ty wpatrujesz się w trawę.

Czemu? Bo na przykład obserwujesz jak rośnie (w przykładzie przyjmujemy, że jest wolne, nie ma dostępu do internetu, Ty za to bardzo się nudzisz).

Więc czekasz i patrzysz, i jak na razie jesteś zmuszony zauważyć brak jakichkolwiek większych postępów. To znaczy widzisz, że trawa jest zdrowa, zielona i świeża, to znaczy, że składa się z na oko tryliarda identycznych, żyjących pojedynczych trawek, które przeprowadzają fotosyntezę tak, jak Ci to tłumaczyli w podstawówce. To znaczy wiesz, że rośnie, ale nie widzisz jak rośnie. Tak właściwie to niewiele widzisz.

 

***

A teraz wyobraź sobie, że wyciągasz z kieszeni lupę.

Przykładasz ją do oka i nagle trawa nie jest już zielona (przynajmniej nie tak, jak z tej odległości wydaje się trawa sąsiada), tylko żółtawa. Albo nawet brązowawa. I raczej spalona niż świeża, bo wygląda na to, że nie podlewałeś trawnika w tym roku tak często jak powinieneś. I chyba nie jest już nawet do końca trawą. Zapomniałeś o pieleniu i aż roi się w niej od wiechci i chwastów.

 

Pochylasz się niżej. Nie przypuszczałeś, że kawał ziemi metr na metr może mieć tyle problemów. Tymczasem, im dłużej się przyglądasz, tym bardziej wszystko wydaje się nie tak. W końcu zaczyna Ci się wydawać, że widzisz, jak jedno źdźbło się wyciąga tak troszkę, troszkę, troszeczkę w górę…

… I wtedy bardzo rozsądnie odkładasz lupę, poświęcasz minutę na mruganie i wracasz do domu – zobaczyć, czy też przypadkiem nie powrócił internet.

 

***

Mi właśnie odkładanie lupy raczej nie wychodzi. Jestem urodzonym detektywem – jeśli za bycie detektywem rozumiem wieczne poszukiwanie poszlak w celu rozwiązania zagadki.

Tylko, że mi się czasami tylko wydaje, że mam do rozwiązania zagadkę, kiedy żadnej zagadki nie mam –  a potem budzę się przed białą tablicą, z głową owiniętą plątaniną czerwonych nitek, zastanawiając się, jak właściwie dotarłam do takich wniosków.

 

***

Nitka pierwsza: Jeżeli w tym tygodniu mam trzy kolokwia, a w następnym minimum dwa, nie licząc wejściówek z niektórych przedmiotów, to kiedy powinnam się przygotować? I jak znaleźć czas na felieton? Czy powinnam się tym w ogóle przejmować, czy raczej zająć czymś ciekawszym, czymś, co na pewno nie jest Marnowaniem Swojego Życia. J. opowiadała mi o jakimś projekcie- czy ja też powinnam zabrać się za jakiś projekt? Czy to wtedy nie będzie Marnowaniem Swojego Życia?

 

Nitka druga: Zapytać się o to teraz M.? W końcu powiedział mi ostatnio, że powinnam być bardziej, no wiecie, zdecydowana, i wyrażać swoje opinie. Problem w tym, że ja nie zawsze mam opinie, a kiedy je mam, to często nie są “przemyślałam to sobie dokładnie i w to wierzę opinie”, tylko “na razie nie wiem lepiej” opinie. No wiecie. Nie takie odjazdowe opinie. A chociaż intymność teoretycznie oznacza, że nie marnujesz już większości energii na udawaniu, że jesteś odjazdowy, to jednak nie umiem z tego zrezygnować. Trochę się martwię, że kiedyś przekroczę jakąś niewidzialną granicę i wtedy już nie będę odjazdowa. A kto chciałby wtedy być dalej ze mną intymny?

 

Nitka trzecia: Ostatnio wszędzie widuję liczbę dwadzieścia dwa. Na znakach, na plakatach, wszędzie. Czemu? Czy ludzie tak lubią tę liczbę? Czy tylko tak mi się wydaje? Czy może wcale nic mi się nie wydaje i to nadziemskie moce próbują mi wysłać jakąś ważną wiadomość, a ja jej po prostu nie rozumiem? Co, jeśli za tydzień skończy nam się świat?

Gdy przyglądasz się rzeczom z tak bliska, każde tłumaczenie wydaje się dokładnie równie prawdopodobne.

 

***

Najbardziej w tym wszystkim zadziwiające jest to, że ja właściwie lubię swoją czerwoną nitkę. Jasne, czasami boli mnie od niej głowa i podejmuję głupie decyzje, to jednak szukanie poszlak jest takie przyjemne… Pewnie to jeden z powodów, dla których lubię książki. Dostaję w nich czyściusienką, białą tablicę, którą mogę wypełnić szkicem wszystkich zagadek, połączeń, wniosków, z których żadnego nie wprowadzasz w życie i aby anulować wszystkie połączenia, wystarczy tylko zamknąć książkę – a potem ucieszyć się, że jednak nie jesteś osobą przeżywającą te wszystkie powieściowe problemy i z zadowoleniem wrócić do własnych, istniejących teraz i tu. Jeżeli to nie jest łapaniem dystansu, to ja nie wiem, co jest (nie, ale serio nie wiem, jeśli wiesz, proszę pomóż).

 

***

Mój sposób postrzegania rzeczywistości nie zawsze oddaje ją, no wiecie, w sposób realistyczny. Ten fakt jest mi znajomy, więc mogę go korygować- i chociaż nie potrafię odsunąć lupy od oka, potrafię przesunąć lupę i spojrzeć na coś innego.

Na przykład skierować ten prawie teleskop w niebo.

 

***

Uważam, że na niebo najlepiej patrzy się przez sufit, szczególnie, jeśli masz przy sobie kogoś przyjemnego. Nie rozpraszają Cię wtedy żadne gwiazdy i masz pozwolenie społeczne, by być absurdalnie szczery, tak, jak ludzie bywają czasem pod otwartym niebem; a jednocześnie dostajesz doskonałą wymówkę do błądzenia wzrokiem po ścianie (i unikania kontaktu wzrokowego). Możesz poświęcić dłuższą chwilę tylko i wyłącznie na to, by zauważyć kolor oczu należących kogoś przyjemnego albo krzywiznę jego dołeczków w policzkach, albo różnicę między jego uprzejmym a szczerym uśmiechem.

Gwiazdy będą tam sobie wisieć zawsze i nikt ich nie zdejmie; przyjemne osoby z samej rzeczy należy zapamiętywać.

 

Najlepsza alternatywa do obserwowania jak trawa rośnie. Naprawdę. Spróbujcie sami.

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.