Za nisko, za wolno, za słabo – recenzja filmu “Kapitan Marvel”

Nie sposób znaleźć w bibliotece Marvela inny film, tak nużący jak historia Carol Danvers. Interesująca fabuła, trafiony humor, a przede wszystkim pamiętne postacie, czyli elementy tak charakterystyczne dla produkcji z uniwersum Stana Lee, okazały się zdaniem twórców zbędne dla opowieści o bohaterce, której pseudonim jest przecież nazwą ich rodzimego Domu Pomysłów.

KAMIL SERAFIN

 

Kino superbohaterskie dotarło już do punktu, w którym pojedyncze historie przedstawiające nam początki poszczególnych herosów, nikogo już nie ekscytują, tak jak robiły to jeszcze kilkanaście lat temu. Moda na orgin story minęła i prędko raczej nie wróci. Kapitan Marvel wydaje się więc teraz spóźnionym rozdziałem większej opowieści, zagubionym uzupełnieniem, zrobionym na szybko, napisanym na kolanie. Byleby było. Ostatecznie i tak już na to za późno, zwłaszcza, że uwaga widzów skupiona jest teraz na zwieńczeniu całej marvelowskiej sagi w wyczekiwanym przez wszystkich Avengers: Endgame.

 

Film zabiera nas do lat dziewięćdziesiątych, czasów sprzed działalności całej znanej nam zgrai super żołnierzy, bogów i milionerów z latającymi zbrojami. Organizacja T.A.R.C.Z.A. używa jeszcze pagerów, przy ulicach wyrastają sklepy Blockbuster z kasetami VHS, a swoją pocztę mailową można sprawdzić jedynie w kafejce internetowej. Całą przygodę zaczynamy w odległym wszechświecie, na planecie Kree, w klimatach rodem wyjętych ze Strażników Galaktyki Jamesa Gunna. Szybko jednak następuje twarde lądowanie na Ziemi, gdzie historia zacznie się niemiłosiernie dłużyć, przeciągać i ukrywać fakt, że jest do granic możliwości rozciągnięta na aż dwie godziny i wypchana najsłabszym humorem w dziejach całego Marvel Cinematic Universe. Scenariusz to nieustanna ekspozycja, niekończący się wstęp do zawiązania akcji, której widz wygląda. Nikt nie oczekuje po tytułach pokroju Kapitan Marvel oryginalnej treści, wszyscy wiemy na jakiego typu rozrywkę (bądź co bądź z najwyższej półki ale nadal rozrywkę) się piszemy rozpoczynając seans. Mimo to przewidywalność i sztampowość fabuły jest tutaj chwilami aż bolesna, jakby twórcy zapomnieli, że film wchodzi do kin w 2019 a nie 1999 roku. Wątek utraty pamięci głównej bohaterki, przebłyski z przeszłości, próba opanowania własnej mocy to motywy tak stare, że ciężko znaleźć na sali kinowej kogokolwiek, kto z miejsca nie domyśliłby się ich zakończeń. Owszem, fabuła stawia przed nami kilka miłych niespodzianek, na czele z rozwojem kluczowego dla niej konfliktu rasy Kree i Skrulli, ale to nie wystarcza by zamaskować wszystkie potknięcia. Nawet sceny akcji, zawsze w przypadku Marvela angażujące, tutaj są przesadnie wręcz oszczędne, ubogie i ograniczone jedynie do finału.

 

To jednak nie pierwszy raz, gdy Marvel Studios dostarcza światu produkt niezbyt dopracowany jeśli chodzi o opowiadaną historię. Wystarczy wspomnieć chociażby Thor: Mroczny Świat czy też Avengers: Czas Ultrona, które pomimo olbrzymich zarobków nie spotkały się z tak dobrym odbiorem jak inne produkcje. Ale miały coś, co nas przyciągało. Postacie. Bohaterów, w których kreowaniu studio nie miało sobie równych. W Kapitan Marvel natomiast, poza odmłodzonym cyfrowo Nickiem Furry’m (w parze z kotem, którym twórcy dosłownie szczują widza) i Talosem w wykonaniu Bena Mendelsohna, próżno doszukiwać się kogoś interesującego. Marvel popełnił właśnie największy grzech w historii swojej działalności i dał nam główną bohaterkę, której losy są dla nas po prostu obojętne. Carol Danvers w wykonaniu Brie Larson to wiecznie spięta, poważna i naburmuszona heroina, z której twarzy nie znika dezorientacja i gniew. Zabrakło tu błyskotliwych dialogów w jej wykonaniu, udanych żartów czy czegokolwiek, co pozwoliłoby nam ją polubić. To, że jest pierwszą kobiecą postacią, która otrzymała solowy film w tym uniwersum, nie czyni jej automatycznie ciekawszej od Czarnej Wdowy, Gamory czy Scarlet Witch. Paradoksalnie, jedynym silnym argumentem tytułowej bohaterki, okazuje się więc argument siły. Miejmy nadzieję, że w Endgame uda się to jakoś odratować, bo potencjał Kapitan Marvel jest tak duży jak zakres jej mocy. Czyli ogromny. Szkoda, że nie dane było nam to jeszcze zobaczyć.

 

Nie sposób znaleźć w bibliotece Marvela inny film tak nużący jak historia Carol Danvers. Interesująca fabuła, trafiony humor, a przede wszystkim pamiętne postacie, czyli elementy tak charakterystyczne dla produkcji z uniwersum Stana Lee, okazały się zdaniem twórców zbędne dla opowieści o bohaterce, której pseudonim jest przecież nazwą ich rodzimego Domu Pomysłów. Końcowe “I have nothing to prove you” włożone w jej usta staje się ironiczne, zważywszy na fakt, że będzie teraz miała naprawdę wiele do udowodnienia. Nie sobie, nie kolejnym złoczyńcą, ale przede wszystkim widzom. I w tym będziemy jej kibicować. Oby nie na próżno.

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.