Cicha niesprawiedliwość – recenzja filmu “Gdyby ulica Beale umiała mówić”

Gdyby ulica Beale umiała mówić to może i nie dzieło wiekopomne, które zapisze się w historii kinematografii jako najlepszy przykład niesprawiedliwości dotykającej niegdyś czarnej mniejszości. Z pewnością zostanie zapamiętana jako utwór podchodzący do tego tematu w najbardziej żarliwy i nieprzepełniony mściwą agresją sposób.

KAMIL SERAFIN


Ponoć twórczość Barry’ego Jenkinsa albo się uwielbia, albo serdecznie nienawidzi. Trudno o kompromis, o coś pomiędzy. Reżyser, który jeszcze jedenaście lat temu na stworzenie swojego pierwszego filmu Medicine for Melancholy pożyczał pieniądze od znajomych, nie bawi się już w mówienie widzom, co czują jego bohaterowie. On to pokazuje. Jest oszczędny w słowach, używa ich tylko jako ostateczności, jakby chciał nam dać twór prawie niemy, który będzie grał na emocjach widzów wyłącznie za pomocą ekspresyjnych twarzy poszczególnych postaci. Jeśli więc zależy mu na tym, by w swoich produkcjach więcej przekazać za pomocą ludzkiej mimiki niż z użyciem mowy, to w Gdyby ulica Beale umiała mówić udało mu się opanować tę sztukę do perfekcji.


Nie jest tajemnicą, że Jenkins specjalizuje się w twórczości poświęconej w zupełności społeczności czarnoskórej. Manifestuje jej problemy, nie bawi się w półśrodki i wytyka palcami winnych takiej a nie innej sytuacji. Tym bardziej nie dziwi jego zaangażowanie m.in w pierwszy sezon Dear White People czy nagrodzonego pamiętnym Oscarem Moonlight. Nie inaczej jest i tutaj. Nowojorski Harlem lat siedemdziesiątych, otoczony ze wszystkich stron murami rasizmu przypomina wojenne getto, klatkę, w której para głównych bohaterów stara się ułożyć sobie życie. Niechęć, jaką okazuje im i ich rodzinom biała społeczność jest niemalże namacalna, krąży nad nimi jak złowrogie widmo, gotowe w każdej chwili zaatakować. Dziewiętnastoletnia Trish zostaje poddana życiowej próbie, gdy jej ukochany Fonny zostaje aresztowany za gwałt, którego nie popełnił. Którego nie miał nawet jak popełnić. W ten oto sposób rozpocznie się kolejna runda walki z dobrze już nam znanym systemem, podporządkowanym białej dominacji. Nie będzie to już tylko intymna rodzinna historia, ale wendetta o sprawiedliwość. Reżyser poprowadzi nas przez kolejne kluczowe momenty, sprawnie przeskakując pomiędzy retrospekcjami a obecnym stanem rzeczy, stale trzymając w napięciu tych, którzy nie wiedzą, jak cała oparta na faktach opowieść ostatecznie się rozwinie. Wykorzysta w tym celu nie tylko scenariusz, ale również muzykę autorstwa Nicholasa Britella, z którym efektywnie współpracuje już po raz drugi.


Gdyby ulica Beale umiała mówić przywodzi na myśl filmową wersję poematu, wiersza przepełnionego żarliwością. Słowa włożone w usta poszczególnych aktorów bledną w porównaniu z ich ekspresją, tym co wyrażają ich milczące spojrzenia, przepełnione pasją, uporem, nienawiścią czy miłością. Jenkins niespiesznie zatrzymuje na nich obiektyw kamery, pozwalając nam dostrzec każde drgnięcie ich powieki, poczuć jakby to na nas skupiony był ich jakże szczery i przeszywający wzrok padający zza ekranu. To właśnie tutaj najłatwiej jest stracić cierpliwość, ostatecznie zirytować się tym, jak bardzo twórca stara się podkreślić artyzm własnego dzieła, nieomal prawie krzycząc o jego uznanie, błagając, byśmy zwrócili uwagę na to, jak dobrze potrafi pokierować obecnymi na planie aktorami, by wyrazili targające ich postaciami uczucia. Cała obecna na planie obsada wyraźnie sobie z tym radzi, jednak to Regina King, wcielająca się w matkę głównej bohaterki, okazuje się największą gwiazdą całego przedstawienia. Żywa, stanowcza, stanowiąca konieczną podporę dla córki i dla widzów, świadomych, że jej wkroczenie w kadr jest gwarancją kolejnych błyskotliwych i poruszających do głębi dialogów.


Jenkins stworzył kolejny szczery i wzruszający obraz, przekazujący za pomocą niewielu słów tak wiele emocji, szczerych i nieokiełznanych. Gdyby ulica Beale umiała mówić to może i nie dzieło wiekopomne, które zapisze się w historii kinematografii jako najlepszy przykład niesprawiedliwości dotykającej niegdyś czarnej mniejszości, ale z pewnością zostanie zapamiętane jako utwór podchodzący do tego tematu w najbardziej żarliwy i nieprzepełniony mściwą agresją sposób. Bo nienawiści widzieliśmy w tym temacie już dość. Zmęczone życiem i milczące twarze bohaterów są tu najbardziej eksponowanym wyrazem ich cierpienia, jedyną bronią jaką dysponują przeciwko współczesnemu im światu, który przecież na co dzień i tak odbiera im wszelki głos, czyniąc go niemym, niesłyszalnym, nieistotnym. Zupełnie jak tytułową ulicę.

Dziękuję Kino pod Baranami za możliwość obejrzenia filmu w ramach kolejnej edycji Studenckiego Nocnego Klubu Filmowego.

Podziel się z innymi!

Post Author: BIS AGH

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.