Pałacowy cyrk – recenzja filmu “Faworyta”

Lantimos wraz ze scenarzystami dba o widza, nie pozwala mu się nudzić, daje mu chwilami nadzieję na rozejm, na ostateczne szczęśliwe zakończenie, by nagle zaatakować go jeszcze większą dawką depresyjnej paranoi. Bawią się nim. A widzowi się to podoba, chce więcej, pragnie dalej obserwować tę absurdalną wojnę subtelnie wydrapujących sobie oczu kobiet.

KAMIL SERAFIN

 

Faworyta to dla Jorgosa Lantimosa film wyjątkowy. Bowiem grecki reżyser po raz pierwszy w swojej karierze pracował ze scenariuszem podsuniętym mu przez Hollywood, którego tym razem nie był współautorem. Choćby więc jego dzieło zgarnęło statuetkę Oscara w każdej ze swoich dziesięciu nominacji, dla Lantimosa nie będzie zapewne tworem kompletnym, całkowicie podporządkowanym jego woli i warsztatowi. Szkoda, bo spośród wyreżyserowanych przez niego produkcji, ta ma szansę zapaść w zbiorowej świadomości widzów najdłużej, jako jeden z najbardziej groteskowych i jednocześnie przystępnych tytułów, jakie Grek dał światu.

 

Już sama historia królowej Anny Stuart i jej adoratorek zakrawa bowiem o absurd, którego realność zdrowy rozsądek każe podczas seansu kilkukrotnie rozważyć. Oto dwie kobiety, pozornie cnotliwe i rozważne, które drogę do zrealizowania swoich pragnień i ambicji wytyczają sobie przez królewskie łoże Jej Wysokości. Kiedy ich ścieżki się tam skrzyżują, dojdzie do krwawej walki, w której dobro kraju czy też poddanych przestanie mieć dla dworu jakiekolwiek znaczenie. Abigaile Masham i Sarah Marlborough będą bawić się figurą królowej podczas bezlitosnej gry, którą stoczą. Na przemian nią zagrywając, znajdując coraz to nowe słabe punkty rywalki, siejąc zamęt w wyższych sferach i nie zważając na konsekwencje. Stopniowo tracimy wiarę w rzekome uczucie, które miałoby łączyć tytułowe faworyty z postacią Anny, a zaczynamy dostrzegać tragikomiczną sytuację, która powoli rozwija się w pałacu. Początkowa sympatia wobec dwóch bohaterek zaczyna zanikać, gdy na jaw wychodzą zakusy każdej z nich – ich przebiegłość i dwulicowość, prawdziwe twarze skrywane za maskami przywdziewanymi w obecności władczyni i reszty jej świty.

 

Lantimos nie boi się skrajnego przerysowania świata przedstawionego. Osiemnastowieczna Anglia, w jego interpretacji, bardziej przypomina kuriozalne przedstawienie teatralne, w którym każdy groteskowy absurd pociąga za sobą kolejny. Opozycja zajmuje się organizowaniem wyścigów kaczek w dworskich salonach albo obrzucaniem pomarańczami podchmielonego grubasa, podczas gdy służka ma większy wpływ na politykę i decyzje królowej niż jej doradcy. Sarah i Abigail swoimi knowaniami wprowadzają chaos, nieustanne napięcie, które udziela się nie tylko widzom, ale przede wszystkim otaczającym je postaciom, stale narażonym na krzyżowy ogień ich konfliktu. To one pociągają tu za sznurki, podczas gdy pozostający w ich cieniu mężczyźni jawią się niczym prymitywne zwierzęta, skryte pod karykaturalnymi perukami, za grubymi warstwami makijażu. Kobiety, zimne i roztropne, sprawują tu niepodzielną władzę, traktując przedstawicieli drugiej płci niczym kolejne figury na swojej szachownicy, prymitywne błazny przeważnie dostosowujące się do ich woli.

 

W centrum akcji mamy więc trzy główne gwiazdy: Olivię Colman wcielającą się w Stuart, Reichel Weisz jako wierną jej księżną Marlborough oraz Emmę Stone – poniżaną i stale czujną pannę Masham, walczącą o powrót w arystokratyczne kręgi. Dla ostatniej z nich jest to pierwsze zetknięcie z Lantimosem, podczas gdy dwie pozostałe zdążyły nam już pokazać na przykładzie Lobstera z 2015 roku, że ich współpraca z Grekiem jest gwarancją pamiętnych ról. W Faworycie ta święta aktorska trójca kreuje przed nami wizerunki żywe, do bólu realistyczne. Dwie kochanice królowej dominują na pierwszym planie przez większość czasu ekranowego, jednak to Colman swą grą aktorską deklasuje konkurencję. Anna w jej wykonaniu to nie silna i władcza kobieta, dla której posiadanie dwóch kochanic to zaledwie rodzaj seksualnej rozrywki. Charakteryzują ją raczej złośliwość, rozgoryczenie i uległość, wywołane latami życiowych rozczarowań, w tym utratą siedemnastu nowonarodzonych dzieci. Ukojenia szuka nie tylko w ramionach swych wybranek, ale również w hodowaniu stada królików czy nękaniu służby. Okazuje się być jedyną bohaterką, której można okazać współczucie, której położenie wywołuje żal. Jej rozpacz potęguje także klaustrofobiczna przestrzeń pałacowych wnętrz. Reżyser zamyka ją bowiem w jej apartamentach, rzadko kiedy pozwalając je opuścić, oświetlając wszystko jedynie szarym światłem zachmurzonego nieba lub kilkoma świecami. Nie stroni też od użycia ultra szerokokątnego obiektywu, eksponując środek kadru, rozmazując jego brzegi, by jeszcze mocniej wzbudzić w odbiorcy wrażenie dezorientacji całą sytuacją.

 

Faworyta nie stroni od komizmu i prostego humoru, jednak jest opowieścią przygnębiającą, skupiającą się wyłącznie na toksyczności relacji międzyludzkich, na pasożytniczej miłości. Lantimos wraz ze scenarzystami dba o widza, nie pozwala mu się nudzić, daje mu chwilami nadzieję na rozejm, na ostateczne szczęśliwe zakończenie, by nagle zaatakować go jeszcze większą dawką depresyjnej paranoi. Bawią się nim. A widzowi się to podoba, chce więcej, pragnie dalej obserwować tę absurdalną wojnę subtelnie wydrapujących sobie oczu kobiet. Twórcom udało się z niej uczynić bowiem iście królewską rozrywkę. A za to należy się im równie królewskie uznanie.

 

Dziękuję Kino pod Baranami za możliwość obejrzenia filmu w ramach dwusetnej edycji Studenckiego Nocnego Klubu Filmowego.

Zdjęcie: 20th Century Fox Corporation
Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.