Niby ryba a jednak człowiek – Recenzja filmu “Aquaman”

Czy historia człowieka rozmawiającego z rybami ma w ogóle szansę okazać się interesująca? O dziwo, może okazać się nawet czymś więcej…

KAMIL SERAFIN

 

Filmy o postaciach z uniwersum DC nie kojarzą się ostatnimi czasy z niczym dobrym. Batman v Superman, Legion samobójców, Liga Sprawiedliwości to przykłady produkcji, które rozczarowały zarówno widzów, jak i krytyków. Pozostawały pod każdym względem za konkurencją, od scenariusza poczynając, a na samych bohaterach kończąc. Nieco ponad rok temu, ratunkiem od całkowitej zguby i zapomnienia okazała się Wonder Woman, zdobywając ogromną sympatię fanów i ponad 800 milionów dolarów z ich portfeli. Filmem ostatniej szansy dla producentów miał być jednak Aquaman. To powodzenie lub porażka tej jakże niepoważnej pod wieloma względami postaci, miały zdecydować o być albo nie być całego filmowego świata DC. I twórcy doskonale o tym wiedzieli, bo wprowadzili do tego tytułu tak wiele, że aż trudno uwierzyć, iż całość poświęcili tylko jednemu superbohaterowi. A jednak.

 

Takiego rozmachu kino wysokobudżetowe nie widziało już dawno. Wytwórnia Warner Bros. postawiła wszystko na jedną kartę i do kwoty przeznaczonej na efekty specjalne postanowiła najwyraźniej dopisać o jedno zero więcej niż zazwyczaj. Cały podwodny świat, piękny, kolorowy i niesamowicie żywy przewyższa nawet to, co dziewięć lat temu zaserwował światu James Cameron w Avatarze. Reżyser James Wan rzuca na ekran gigantyczne koniki morskie, rekiny, ośmiornice, armię krabów, a nawet dinozaury, unikając plastikowości, dbając, by nie wyglądało to odpychająco. Nie jest to łatwe, bo aktorzy większość czasu spędzili najwyraźniej w otoczeniu Green Screena, a nie na klasycznym planie filmowym. Komputera jest tu dużo, żeby nie powiedzieć mnóstwo. Pod wodą spędzamy sporą część fabuły, obserwując, jak twórcy w pełni wykorzystują potencjał Atlantydy, jako ukrytego na dnie oceanu Eldorado. Dech w piersiach zapierają kolejne pomysłowe morskie cuda, nowe istoty i potwory. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o kreowanie świata przedstawionego, Aquaman zasłużył na wszystkie możliwe pochwały.

 

Ale mimo to, nie ma tu jakiejkolwiek oryginalności, próżno się jej doszukiwać w scenariuszu i całej opowieści. Ot, kolejna superbohaterska bajeczka, fabularnie niewyróżniająca się na tle innych podobnych produkcji. Historia Arthura Curry’ego i jego walki o swoje dziedzictwo nie jest niczym nowym, na tle dziesiątek podobnych produkcji o herosach. Łatwo przewidzieć cały tok zdarzeń, motywacje bohaterów i ich przeciwników oraz kolejne zwroty akcji, które nie zaskakują. Wiemy, jak skończy się cała historia, nie musimy w tym celu znać komiksów ani losów postaci, które przedstawiają. Z drugiej jednak strony, trudno sklasyfikować Aquamana jako zwykłą superbohaterską nawalankę, w której chodzi jedynie o obserwowanie kolejnych starć pomiędzy protagonistami i czarnymi charakterami. Jest ich tu oczywiście sporo, ale nie brakuje również elementów kina nowej przygody czy nawet horroru. Seans sprawia niesamowitą frajdę, scenariusz dba bowiem, by widz ani przez chwilę nie odczuł znużenia. James Wan rzuca naszymi bohaterami po tak wielu lokacjach, kieruje jednocześnie tak wieloma wątkami, że każda chwila seansu dostarcza rozrywki, po którą widzowie wkroczyli do kina. Głębiny oceanów, ukryte miasta, Sahara, malownicze włoskie miasteczka… Scenariusz pociągnie historię przez sporo miejsc, w każdym z nich serwując widzom albo spokojny rozwój fabuły (niepozbawiony kilku udanych żartów), albo wybuchowe sceny akcji. A najczęściej jedno i drugie, niekoniecznie w takiej kolejności.

 

A pośrodku tego wszystkiego, Jason Momoa z wytatuowaną klatą, który wyraźnie dobrze się bawi w roli pretendenta do tronu Atlantydy. Nie szczędzi zarówno żartów, jak i podniosłych, patetycznych monologów, wyraźnie wywołujących u niego chęć wybuchnięcia śmiechem. Charyzmy mu nie brakuje, a w parze z Amber Heard tworzy jeden z bardziej sympatycznych kinowych duetów tego roku. Twórcy bardzo wykosztowali się w kwestii obsady, pełnej pierwszoligowych hollywoodzkich nazwisk, na czele z Willem Dafoe, Dolphem Lundgrenem czy Patrickiem Wilsonem. I wszystkim udaje się wykreować żywe, interesujące postaci. Nawet Wilson, jako złowrogi Król Orm nie okazuje się kolejnym irytującym złoczyńcą, stworzonym jedynie jako worek treningowy dla głównego bohatera. Jedynie Nicole Kidman jako królowa Atlanna wydaje się zagubiona w tym całym podwodnym cyrku, wyraźnie zastanawiając się, jak w ogóle się w nim znalazła. Cieszy również powrót Temuera Morrisona, którego w tak dużej roli widzieliśmy ostatnio szesnaście lat temu, w “Ataku klonów” gdzie dręczył Obi-Wana Kenobiego jako Jango Fett.

 

A na sam koniec zaznaczmy, że nie ma już nawet śladu, po jakimkolwiek wymuszonym patosie, gęstym mroku, od którego na ekranie robiło się aż duszno, a który tak dominował w filmach DC, dopóki odpowiadał za nie Zack Snyder. To wreszcie porządna, wielkoskalowa i rozdmuchana do granic możliwości rozrywka, jakiej to uniwersum potrzebowało od dawna. I jakiej oczekuje widz, jeśli wybiera się do kina na film o człowieku, który gada z rybami, by uratować świat przed zagładą.

Zdjęcie Warner Bross
Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.