Powietrze pachnie słodko

Stoję w kolorowym tłumie ludzi, kłębiących się przy brzegu szerokiego kanału, który dzieli miasto na pół. Nad nami górują jeszcze bardziej kolorowe, wysokie kamienice. Wsiadam na pokład wodnego tramwaju i zajmuję jedno z miejsc przy krawędzi. Kiedy płyniemy przez miasto, ludzie stojący na brzegu machają i wykrzykują hasła w języku, którego nie rozumiem. Brzmi jak: „Niech żyje księżniczka Danii!”. No może nie do końca podobnie, ale mogłam się tak poczuć.

OLIWIA KOPCIK

 

Razem z całym składem dworu płynącym ze mną tramwajem, odmachujemy naszym poddanym. Ci obdarzeni zaszczytem, zaczynają krzyczeć jeszcze głośniej. Mijamy ich w akompaniamencie braw. Ach, sława. Dopływamy do najsłynniejszego symbolu Kopenhagi, więc na chwilę muszę oddać uwagę ludzi komuś innemu – Małej Syrence.
Pół kobieta, pół ryba wygrzewa się na głazie w promieniach słońca. Wtopiona w baśniowy klimat, zastanawiam się, jakim sposobem znalazła się właśnie tutaj. Może stworzył ją tęskniący za narzeczoną żołnierz-rzeźbiarz? Może o wyrzeźbienie jej poprosił nieszczęśliwie zakochany poeta? Okazuje się, że zakochany owszem. Ale nie poeta, a właściciel browaru Carlsberg zauroczony baletnicą, odgrywającą główną rolę w spektaklu o Małej Syrence. Na przestrzeni lat pół dziewczyna z pomnika, przy pomocy połowicznie mądrych drani, kilka razy traciła głowę. Raz straciła rękę. Ale teraz cała, niewzruszona, cieszy oczy mojej i nam podobnych wycieczek.

 

Przemieszczamy się wodnymi kanałami jeszcze kilkadziesiąt minut, oglądając, jak gmachy sprzed kilku wieków harmonizują się z nowoczesną architekturą. Żaden modernistyczny budynek nie wpycha się między starszych braci. Każdy wie, gdzie jego miejsce. Mieszkańcy Kopenhagi są do tych budynków trochę podobni. Żyją ze sobą w spokoju. Nikt nikomu nie przeszkadza. I wszyscy są zadowoleni.

Kiedy wpływamy do centrum miasta, znowu witają nas oklaski. Tylko jeden człowiek, udając niechęć, przez którą jednak przebija się prawdziwy uśmiech, stoi z założonymi rękami. Grożę mu palcem, po czym zanurzam dłoń w ciepłej wodzie
i posyłam w stronę buntownika kilka kropel. Ten bez zastanowienia zrzuca maskę niezadowolenia, sekundę później zrzuca również koszulkę i wskakuje do wody, tylko po to, żeby oddać mi ze sporą nawiązką.

 

Wychodzę na ląd i zaczynam polowanie na jedzenie. Trafiam do zakątka stoisk serwujących… WSZYSTKO.
Od fastfoodów, przez tradycyjną kuchnię, po dania z Ameryki Południowej. Poszukiwania posiłku idealnego mijają przy dźwiękach muzyki, płynących z ustawionego między stołami stanowiska DJa. Z nową porcją energii ruszam dalej odkrywać miasto. Oddalając się od centrum, mijam jeszcze uliczny kilkuosobowy zespół, zabawiający przechodniów dobrą porcją bluesa.

 

Przechodzę jedną z kładek nad kanałem i znajduję się w zupełnie innym świecie. Czystość i harmonia zastały zastąpione przez porzucone części dziecięcych wózków, telewizory i inne przejawy przeciętnego, konsumpcyjnego stylu życia.
Do moich uszu dobiega hiphopowa muzyka, kieruję kroki w tamtą stronę. Po drodze oglądam pokryte graffiti mury.
W końcu lokalizuje źródło dźwięków – dwóch chłopaków w kapturach koloruje kolejną ścianę, koło nich stoją spraye,
a całości „bronxowego” klimatu dopełnia grający boom box i puszki z piwem. Mijam ich, zwiększając tempo spaceru. Wcale nie zaczęłam się obawiać. Po prostu nie chcę im przeszkadzać. Tak było, trust me.

Pokonuję jeszcze kilka metrów i docieram do części Kopenhagi, która osiągnęła status, marzący się od zawsze krakowskiej Nowej Hucie – Wolne Miasto Christiania. Przez niektórych nazywana też małym duńskim Amsterdamem. Przekraczam bramę z dozą niepewności. Po obu stronach wyrastają poskładane z „czego tylko się dało” domy. Na początku historii dzielnicy mieszkali tutaj tylko skłotersi, którzy zajęli budynki w opuszczonej bazie wojskowej. Teraz to prawdziwe, choć miejscami wyglądające mocno prowizorycznie małe miasto. Wychodzę na główną ulicę i miejsce domów zajmują stragany. Sprzedawcy oferują towary z całego świata. I nie, raczej nie mam tu na myśli pamiątek.
Biorę głęboki wdech i wiem, czemu wszyscy wyglądają na zadowolonych. Gdyby w Krakowie był TAKI smog, myślę,
że nikt nie narzekałby na jakość powietrza. Zaczepiam jednego ze straganiarzy i próbuję dowiedzieć się, jak to jest,
że stoją sobie tacy wyluzowani. Jakby sprzedawali na środku ulicy wodę, a nie… te przyprawy. Co z prawem? Karami? Policją? Rozmówca patrzy na mnie jak ludzie z magisterki na pierwszaków szukających sali. Delikatnie mówiąc. Dowiaduję się, że policja kiedyś próbowała, prosiła, żeby sprzedawcy byli chociaż trochę mniej widoczni.
Więc sprzedawali dalej, ale za to w wojskowych mundurach kamuflujących. Prawo też mają własne. Niepisany kodeks,
w którym zakaz stosowania twardych narkotyków jest na równi z zakazem biegania. Bo jeśli biegniesz, to pewnie jesteś złodziejem. Albo policjantem. W każdym razie lepiej chodzić spokojnie. Zamieniam z nowym znajomym jeszcze kilka zdań. W końcu składa swoje stoisko i z politowaniem obiecuje mi, że wszystkiego mnie nauczy. I nauczył. Przestać patrzeć na zegarek. Odpoczywać. I co najważniejsze: przemieszczać się krokiem wyluzowanym i powolnym.

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.