Odkryj w sobie smoka

W dniach 13-14 października boiska przy ul. Piastowskiej zostaną owładnięte przez zawodników ultimate frisbee. Przez dwa dni drużyny złożone z losowo dobranych osób, będą walczyć o zwycięstwo na turnieju, kończącym sezon outdoorowy w Polsce. Co oprócz potu, łez i błota będzie można znaleźć podczas Dragon Cupa? O szczegółach mówi jeden z organizatorów, król sobotniej gry miejskiej, Krzysztof Marszałek.

OLIWIA KOPCIK

 

W dwóch słowach – co to jest Dragon Cup?
W skrócie to świetna zabawa dla doświadczonych zawodników i dla osób, które zupełnie nie mają pojęcia o tym sporcie.

 

Czym różni się od innych turniejów w Polsce?
Lista jest bardzo długa. Przede wszystkim to turniej, który odbywa się już po mistrzostwach Polski, po finałach lig, po mistrzostwach klubowych, więc jest takim zwieńczeniem sezonu. Jest jednym z nielicznych, o ile nie jedynym, turniejem hatowym w Polsce, który działa regularnie, z wyjątkiem jednej rocznej przerwy. Są inne funowe turnieje, ale to jedyny, na który przyjeżdża co roku czołówka zawodników polskich. Oni się zmieniają, ale zawsze pochodzą z czołowych drużyn, z Warszawy, z Poznania, z północy Polski. Ponadto, jest jedynym turniejem, który co roku ma, przed sobotnią imprezą, mniej lub bardziej sławną grę miejską, a ona przygotowuje bardzo dobrze zawodników do tego, co dzieje się później na parkiecie.

 

Szykujecie jakieś atrakcje, których nie było podczas poprzednich edycji?
W tym roku jest zupełnie inne podejście do tego, co chcemy stworzyć. Do tej pory Dragon był fajnym zakończeniem sezonu, a jeśli wszystko nam się uda i w dodatku dopisze pogoda, to będzie naprawdę wielka impreza. Dużą zmianą jest nastawienie na to, żeby zintegrować drużyny. Mimo że to są zespoły stworzone z losowych ludzi, chcemy, żeby ta integracja przebiegała cały czas, a nie tylko podczas meczów. Będą różne zawody i warsztaty, które mają wzmocnić ten team building. Mamy nagrodę DragonHeart dla drużyny, która będzie miała tę chemię, i która będzie się bawiła nie tylko w gronie starych znajomych, ale też wśród ludzi z własnego zespołu, którzy do tej pory mogli się nie znać.

 

Czego może się spodziewać postronny widz, który przyjdzie prosto z ulicy popatrzeć, co dzieje się na Piastowskiej?
Mam nadzieję, że wielu uśmiechniętych twarzy, świetnej pogody i dobrze bawiących się ludzi. I jednocześnie, że uda się osiągnąć wysoki poziom meczów i drużyn. To też jedno z zadań team buildingu. To ułatwienie dla graczy, którzy albo nie wiedzą nic o ultimate frisbee, albo są początkujący. Oni przyjeżdżają na taki turniej, żeby czegoś się nauczyć, ale przede wszystkim po to, żeby poznać innych zawodników. Chcemy umożliwić im to, żeby poznali tych ludzi jak najwięcej, bo wtedy też będzie im łatwiej uczyć się tego sportu.

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.