Kreska miękka jak makaron

Ale taka porządna zupa: gęsta, pełna wartości odżywczych i rozgrzewająca na tyle, by móc wypocić nawet samą sugestię grypy.

W sam raz na zimniejsze czasy.

KAROLINA BOGACKA

 

Jeżeli o media chodzi, to trzymam się własnej diety. Unikam bezmyślnych sitcomów, bo trochę za bardzo mi w nich słodzą, i staram się co jakiś czas przełknąć gorzką prawdę dokumentów. A od komedii romantycznych stronię tak w ogóle, bo to jak jedzenie kawioru na śniadanie– wyrabiasz sobie nierealistyczne oczekiwania, zapominając, ile za ten kawior będziesz musiał płacić.

 

Nie, ja najbardziej lubię animacje. Mam nawet animacje, które najbardziej lubię z animacji. Polecam popróbować:   

 

„Aggretsuko”

Skrót od „Agressive Retsuko”. Najmłodsze (i najbardziej buntownicze) dziecko Sanrio, firmy najbardziej znanej z „Hello Kitty”. Owoc szybkiego romansu z Netflixem.

Opowiada o życiu Retsuko, dwudziestoparoletniej Japonki, która od kilku lat tkwi w tej samej beznadziejnej pracy. Na tym samym beznadziejnym stanowisku i tę beznadzieję wyładowuje po pracy, śpiewając death metal. Czyli historia jakich wiele.

To jednak właśnie jej siła. Mimo charakterystycznej, mocnej kreski Sanrio bohaterowie „Aggretsuko” okazują się być realistyczni aż do bólu. Szef– stary szowinista, koleżanka lekkoduch i „tamte fajne dziewczyny”, znaczy etykietki, które każdy niby zna. A jednak mało kto poświęcił im tyle uwagi, co scenarzyści serialu, którym z każdego najprostszego szkicu udało się wyciągnąć delikatny portret.

Podobnie pragmatyczne jest podejście „Aggretsuko” do problemów. Nie rozwiązuje się ich za jednym zamachem, tylko krok po kroku, z jednym krokiem do przodu, dwoma w tył. I przy okazji dorasta po drodze.

 

„Mushishi”

Ten serial sprawi, że zechce ci się spać. Ale w taki dobry sposób.

Jeżeli, tak jak ja, potrafisz się skutecznie zdenerwować po prostu przebywaniem ze sobą, polecam włączyć samo intro. Z tą delikatną muzyką, „jak wody wiatrem oddychanie” u Baczyńskiego na lekcji polskiego, i rysunkami promieni przenikających przez liście, tworzących tysiące plamek podobnych do śladów stóp kilkuset słońc…

A tak konkretniej: „Mushishi” jest antologią przygód białowłosego pogromcy magicznych istot, który unika zabijania, jednak nie może zaniechać wędrówki przez swoje specjalne umiejętności. Taki japoński Wiedźmin, tylko na walerianie.

Co ani trochę nie oznacza, że wszystko kończy się szczęśliwie. Niektóre z przygód nigdy się nie kończą; inne pytają, co to jest „szczęśliwie”.

Trochę wynika to z podejścia serialu do siebie oraz do natury. Mushi, inspirowane lokalnymi yōkai, przypominają czasami wirusy. Podobnie plasują się gdzieś na granicy życia oraz śmierci, i podobnie jak one nie starają się świadomie zaszkodzić ludzkości. Po prostu ludzkość czasem staje im na drodze.

 

„Hilda”

Jeszcze nie dokończyłam „Hildy”. I jakoś się nie spieszę. Głównie dlatego, że im szybciej skończę, tym więcej będę miała czekania na kolejny sezon.

Zdążyłam jednak zauważyć parę rzeczy. Po pierwsze, „Hilda” wygląda przepięknie jak kadry żywcem wycięte z komiksu. Dziwne stworzenia są naprawdę dziwne, paleta barw barwna, a sama Hilda wspina się i skacze po najciekawszych lokacjach.

W ogóle jeśli o Hildę chodzi, to przypomina mi wszystkie fantazje, snute przez mnie na mój temat z wieku tak 8 czy 9 lat. Nieustraszona podróżniczka, przyjaciel najcudowniejszych istot, dosłownie wpada na kolejną przygodę.

A jednocześnie dostrzegam w niej siebie, z wieku tak 8 czy 9 lat. Dziwne, troszeczkę odcięte od świata dziecko. Trudne do zrozumienia, przez co czasem boi się o nie mama i boją się jej koledzy.

Taka jest jednak już „Hilda”. Lubi wymieszać parę prostych historii. Tak, żeby pod koniec dostać wyrafinowany smak. I nic a nic nie stracić na prostocie.

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.