Ostatni Jedi – zachwianie Równowagi – recenzja

Wszyscy czekaliśmy na ten film, jeszcze bardziej podekscytowani niż na Przebudzenie Mocy. Trailer zapowiadał coś niesamowitego, mrocznego i zupełnie innego. Czy tak było?

PAWEŁ MIROWSKI

 

Sceny batalistyczne są niesamowite. Nigdy wcześniej plan pokonania sił zła nie wyglądał na tak niemożliwy i tak kosztowny. Dobry motyw z Łotra Jeden przejęty. Wydaje się, że Rebelia faktycznie wisi na włosku i Nadzieja, od której się to wszystko zaczęło, zaczyna umykać protagonistom.

Następnie, w końcu poznajemy tragedię Luke’a Skywalkera, który po porażce próby odrodzenia Zakonu Jedi, usuwa się w cień. Chce udowodnić, że Jedi jest przeciwko woli Mocy. Pojawiły się plotki, żeby Mark Hamil otrzymał nominację do Oscara i do Złotego Globu. Moim zdaniem jest go za mało w filmie do ubiegania się o te nagrody. Z drugiej jednak strony, Luke był chyba najbardziej pogłębioną postacią i aktor temu sprostał.

 

Kolejne pokolenie

Dalej jest Kylo Ren. Jeszcze stojący w rozkroku pomiędzy Ciemną i Jasną stroną. Już nie jest „mrocznym rycerzykiem”. Zmienia się i tyle mogę powiedzieć. I dopiero na trzecim miejscu jest Rey, zmotywowana do poznania tego, czym została obdarzona. Muszę przyznać, że strasznie podobała mi się relacja pomiędzy nią, a Lukiem. Dwa przeciwieństwa, które niesamowicie oddziałują na siebie.

Wątek Mocy jest najlepszy w całym filmie. Rozwinięcie filozofii, nowe rozwiązania fabularne, pogłębione charakterystyki. To wszystko jest niezwykle satysfakcjonujące. Pozostałe wątki, niestety, są tłem. Reżyser i scenarzysta zarazem, Rian Johnson próbuje nas zaczarować, ale coś nie wychodzi. Nawet Laura Dern oraz Benicio del Toro nie mogli tego zmienić.

Świata doświadczamy tutaj zdecydowanie dwa razy lepiej niż w poprzednich epizodach razem wziętych. To doskonale zharmonizowana rzeczywistość, mająca własne radości i troski. Jest ona niezwykle dopracowana. Dowiadujemy się o niej tyle, że możemy potraktować ją jako bohatera całej mitologii.

 

Teraz zaczynamy „krytykę”

W scenariuszu Johnson poszedł na całość. W historii brak wyczucia pomiędzy patosem i humorem. Dobrze jest rozładować napięcie i powagę sytuacji, ale tego jest zwyczajnie za dużo. Reżyser, nie bacząc na cokolwiek, gra na emocjach widzów. Od zachwytu, aż po złość. Przesada daje się we znaki, kiedy finałów jest więcej niż jeden. Największy punkt napięcia filmu jest mniej więcej na 2/3 długości. Wepchane są jeszcze 2 kolejne, co totalnie rozwala przyjemność z oglądania. 

Podsumowanie jest okrutnie trudne. Denerwuje mnie krypto-promocja gadżetów (tak, do tego zaliczam Porga, choć idealnie pasuje do świata) i reszta rzeczy, o których już wspomniałem. Z drugiej strony mamy niesamowity, zaskakujący, solidnie dopracowany wątek główny oraz bardzo wymowny symboliczny przekaz. Jest tak dużo rzeczy, tych złych i dobrych, że wielu ludzi będzie chciało pójść do kina ponownie.

Jestem rozdarty. Ostatni Jedi, tytuł tak szczytowy w istocie, a jakby nie będący nim wcale. Ten film… ech, no nie wiem…

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.