„Thor: Ragnarok” – apokalipsa starego Marvela?

Jeśli dynamiczna akcja, świetnie dobrana muzyka i przeogromna (jak nigdy dotąd) dawka humoru to właśnie to, za co filmy Marvela kochacie najbardziej, to rezerwujcie bilety i pędźcie do kin.

MICHALINA KRZEMIEŃ

Reżyserem najnowszej części jest Taika Waititi, który z tego typu filmami nie miał nic wspólnego. I może dobrze, bo to, co pokazał nam na ekranie, przeszło najśmielsze oczekiwania i bezspornie pobiło zarówno pierwszą, jak i drugą część, a może nawet większość filmów z MCU.

Znów ten Thor?

Nowy reżyser i, jak mi się zdaje, świeża energia wprowadzona do produkcji MCU od czasów „Strażników Galaktyki” sprawia, że film ogląda się jak coś zupełnie innego niż dotychczas. Thor (Chris Hemsworth) i Loki (Tom Hiddleston) to tak naprawdę jedyne postaci, które przypominają nam o istnieniu pierwszej i drugiej części.

 

Znów rzuceni razem w wir akcji, gdzie trudno im się nienawidzić i pomagać jednocześnie, trafiają na przedziwną planetę rządzoną przez tajemniczego Grandmastera (Jeff Goldblum), który dla własnej i swego ludu rozrywki organizuje walki czempionów. Sam przypomina trochę rzymskiego cesarza podszytego kiczem i rozbrajającym humorem, a jego ulubieńcem na arenie jest nie kto inny jak… Hulk (Mark Ruffalo). Tymczasem do Asgardu dociera Hela (Cate Blanchett) – bogini śmierci, która rozpoczyna tyrańskie rządy i stara się doprowadzić do skutku całą zapowiadaną w przepowiedniach apokalipsę.

 

Czy znów będziemy ratować świat?

Tak, bo przecież wokół tego właśnie kręci się większość komiksów i opartych na nich filmów, ale dostaniemy to w zdecydowanie bardziej przystępnym wydaniu. Nie ma już drętwych przemów o końcu świata, a sam Ragnarok, czyli nordycka apokalipsa, przebiega w taki sposób, że trudno się przy tym dobrze nie bawić.

 

Bo przecież gdy ktoś ironicznym żartem wcina się w słowo demonowi zapowiadającemu zagładę, a pod sceny walki podłożone mamy dynamiczne piosenki, jak choćby Immigrant Song zespołu Led Zeppelin, to aż trudno usiedzieć w fotelu, bo sami porwalibyśmy się do walki. Dostaniemy też od razu dająca się polubić postać Walkirii, graną przez Tessę Thompson, która w doskonały sposób zajmuje miejsce Lady Sif, czy Jane Foster, stojące u boku Thora w poprzednich częściach.

 

Koniec świata i początek nowego Marvela?

Od pierwszej części „Strażników Galaktyki” było widać, że w produkcjach MCU coś się zmieniło. Ośmielono zabawić się konwencją, wprowadzić jeszcze większą dawkę humoru, a teraz dostaliśmy to wszystko w skumulowanej formie. W scenach walki nie uświadczymy już pompatycznej muzyki, a raczej wpadające w ucho piosenki z poprzednich dekad. Ragnarok podniósł poprzeczkę. Bo kto po zobaczeniu tego filmu będzie się teraz dobrze bawił na marvelowskich produkcjach, jeśli nie uraczy w nich tak dobranego humoru, soundtracku i efektownej akcji, która napędza większość scen?

 

Czy czegoś zabrało?

Może ewentualnie (o ironio) odrobiny powagi. Choć sala śmiała się bez ustanku, to nie mieliśmy chwili, aby faktycznie przerazić się nadchodzącą apokalipsą. Są oczywiście poważniejsze sekwencję, bo to jednak nie klasyczna komedia, ale w sumie może to i lepiej, że Marvel odszedł w tym najbardziej dramatycznym, jakby się można było spodziewać filmie, od przesadnej podniosłości. Z lekkim smutkiem można też zauważyć niewykorzystany potencjał  Karla Urbana (Władca Pierścieni, Star Trek), czy samej Cate Blanchett, która w rolę mrocznej Heli wciela się w doskonale wyważony sposób.

 

Nie ma tego, czym raczyły nas klasyczne, starsze produkcje. Ale w zamian dostajemy tryskający barwami, energią i solidną dawką humoru film, który komiksowych bohaterów, a nawet bogów, ukazuje od znacznie bardziej ludzkiej strony – jako mających swoje własne słabostki, schematy i poczucie humoru. Postaci, które autoironią i indywidualnością bez trudu kradną serca widzów i sprawiają, że ani na moment nie można oderwać się od ekranu.

 

Czy warto iść?

Zdecydowanie! Warto też wybrać się na film w wersji 3D, co dodaje mu jeszcze więcej głębi i dynamizmu. Thor: Ragnarok jest idealną ucieczką na szarą jesień – komediową i pełną akcji najświeższą produkcją Marvela, która wciąga jak żadna inna wcześniej i stanowi świetną rozrywkę zarówno dla doświadczonych „wyjadaczy”, jak i dla kogoś, kto dopiero wchodzi w świat komiksowych przygód.

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.